Z dumą i radością zapraszam na mojego nowego bloga:
http://wojciech_musial.blogi.egodziecka.pl/
niedziela, 9 lutego 2014
niedziela, 13 października 2013
Bez odbioru
Siedzę na tarasie skąpanym w promieniach słońca. Mrużę oczy od blasku, ledwo widzę, co na ekranie. Tuż obok, na wciąż jeszcze zielonej trawie, kot przewraca się na grzbiet i pręży łapy. Wokół drzewa we wszystkich kolorach jesieni. Przed chwilą przeleciał motyl, pewnie ostatni w tym roku. Z oddali dobiega śmiech dzieciaków z sąsiedztwa korzystających z ostatnich chwil pięknej pogody. Mówią, że to ostatni tak piękny weekend tej jesieni. Od jutra ma być zimno, wilgotno i mgliście.
To jest ostatni wpis o Wsi Anielskiej. Drodzy czytelnicy, bardzo dziękuję, że byliście ze mną. Dziękuję za wszystkie słowa wsparcia i krytyki. Te pierwsze dodawały otuchy i potwierdzały, że moje pisanie ma sens. Te drugie nauczyły mnie pokory i wrażliwości wobec innych.
W mojej głowie powoli dojrzewa nowy projekt. Wymaga jeszcze dużo ostrożnego doglądania. Gdy się wykluje, nie omieszkam Was powiadomić. Tymczasem przenoszę na strych ogrodowe fotele, opatulam chochołami róże i owocowe drzewka, zamykam w komórce łopaty i grabie, uszczelniam okna. Siedzę w oknie popijając herbatę z miodem. Czekam na zimę.
Tymczasem...
To jest ostatni wpis o Wsi Anielskiej. Drodzy czytelnicy, bardzo dziękuję, że byliście ze mną. Dziękuję za wszystkie słowa wsparcia i krytyki. Te pierwsze dodawały otuchy i potwierdzały, że moje pisanie ma sens. Te drugie nauczyły mnie pokory i wrażliwości wobec innych.
W mojej głowie powoli dojrzewa nowy projekt. Wymaga jeszcze dużo ostrożnego doglądania. Gdy się wykluje, nie omieszkam Was powiadomić. Tymczasem przenoszę na strych ogrodowe fotele, opatulam chochołami róże i owocowe drzewka, zamykam w komórce łopaty i grabie, uszczelniam okna. Siedzę w oknie popijając herbatę z miodem. Czekam na zimę.
Tymczasem...
niedziela, 6 października 2013
Plany na przyszły rok
W związku z nieuchronnym końcem sezonu ogrodowego pomyślałem, że warto by spisać wszystkie niezbędne, mniejsze i większe prace, których nasze włości wymagają.
- Nowa szopka na narzędzia. Obecna to sławojka pozostała po budowie domu. Znakomita ilustracja trwałości prowizorki służącej nam już siódmy rok. W miarę obrastania w kolejne narzędzia potrzebujemy coraz więcej miejsca by je gdzieś trzymać. Sławojka z gumy nie jest.
- Szklarnia. Po kilku latach bezowocnych prób wyhodowania pomidorów doszliśmy do wniosku, że może w szklarni się uda. Krzaki sadzimy rok w rok, za każdym razem rosną jak wariaty (na kompoście, a jakże) i za każdym razem owoce czernieją, zanim zdążą dojrzeć. Może pod folią się uda.
- Krawężniki. Deski, które w tej chwili oddzielają warzywnik od trawnika, gniją i co roku trzeba je wymieniać. Więc wreszcie wymienię je na betonowe krawężniki, które wystarczą na lata. Ich drugą zaletą jest równość - łatwo podjechać pod nie kosiarką, w przeciwieństwie do wapiennych kamieni, które obrastają trawą i zapadają się w ziemię. Kamienie to granica pomiędzy trawnikiem a klombami. Tyleż ładne co niepraktyczne.
- Schody na taras. Hm... Piaskownica też by się przydała. Zdaniem dzieci. Mnie ona do czego?
- Podjazd i wiata garażowa. Powstaną, jak będzie forsa. Jak nie będzie, kupię najbardziej luksusowy model skrobaczki do szyb. Taki z ogrzewaną rączką i nadmuchem gorącego powietrza. Jak to, nie ma takich!?
- Nasadzenie malin, poszerzenie warzywnika, PRZEPĘDZENIE KRETÓW i sto innych prac ogrodowych, o których nawet nie chce mi się myśleć. Dopiero co skończyłem tegoroczne.
- Inne (kategoria bez dna).
Czytam, co napisałem przed chwilą. Jeśli kliknę "Opublikuj", strzelę sobie w stopę. Publiczna deklaracja zobowiązuje. Może lepiej nie klikać...?
- Nowa szopka na narzędzia. Obecna to sławojka pozostała po budowie domu. Znakomita ilustracja trwałości prowizorki służącej nam już siódmy rok. W miarę obrastania w kolejne narzędzia potrzebujemy coraz więcej miejsca by je gdzieś trzymać. Sławojka z gumy nie jest.
- Szklarnia. Po kilku latach bezowocnych prób wyhodowania pomidorów doszliśmy do wniosku, że może w szklarni się uda. Krzaki sadzimy rok w rok, za każdym razem rosną jak wariaty (na kompoście, a jakże) i za każdym razem owoce czernieją, zanim zdążą dojrzeć. Może pod folią się uda.
- Krawężniki. Deski, które w tej chwili oddzielają warzywnik od trawnika, gniją i co roku trzeba je wymieniać. Więc wreszcie wymienię je na betonowe krawężniki, które wystarczą na lata. Ich drugą zaletą jest równość - łatwo podjechać pod nie kosiarką, w przeciwieństwie do wapiennych kamieni, które obrastają trawą i zapadają się w ziemię. Kamienie to granica pomiędzy trawnikiem a klombami. Tyleż ładne co niepraktyczne.
- Schody na taras. Hm... Piaskownica też by się przydała. Zdaniem dzieci. Mnie ona do czego?
- Podjazd i wiata garażowa. Powstaną, jak będzie forsa. Jak nie będzie, kupię najbardziej luksusowy model skrobaczki do szyb. Taki z ogrzewaną rączką i nadmuchem gorącego powietrza. Jak to, nie ma takich!?
- Nasadzenie malin, poszerzenie warzywnika, PRZEPĘDZENIE KRETÓW i sto innych prac ogrodowych, o których nawet nie chce mi się myśleć. Dopiero co skończyłem tegoroczne.
- Inne (kategoria bez dna).
Czytam, co napisałem przed chwilą. Jeśli kliknę "Opublikuj", strzelę sobie w stopę. Publiczna deklaracja zobowiązuje. Może lepiej nie klikać...?
niedziela, 29 września 2013
Ostatnie koszenie trawnika
Ostatnie koszenie trawnika w tym sezonie właśnie dokonało się. Przede mną pół roku odpoczynku od warkotu kosiarki. Tej kosiarki. Moja najmniejsza kosiareczka na świecie również dokonała żywota, równo z ostatnim koszeniem trawnika. Służyła mi wiernie kilkanaście lat i być może po naprawie wytrzymałaby drugie tyle, ale koszty naprawy są niemal tak wysokie jak kupno nowej. W związku z tym przyszły sezon rozpocznę od kupna pięknej, nowej, WIĘKSZEJ kosiarki, dzięki której kilka pierwszych koszeń będzie równie przyjemnych, co pierwsze jazdy nowym autem.
No dobrze, nie sprawdzałem, ile kosztuje naprawa. Być może mniej niż cena kosiarki z salonu, ale pokusa nowej zabawki jest silniejsza od zdrowego rozsądku. Chcę nowej kosiarki! Mężczyźni dojrzewają do siódmego roku życia, a potem już tylko rosną.
Koniec koszenia jest jednym z niewielu jasnych punktów tej pory roku. Poza tym ogarnia mnie coraz silniejsze przygnębienie, tym czarniejsze im więcej kolorów pojawia się na drzewach. Czy wy, drodzy czytelnicy, też uważacie, że najbardziej przygnębiającym miesiącem w roku jest sierpień? Niby cały czas jest fajnie: wakacje, ciepło, słonecznie, ale czająca się za horyzontem jesienna plucha mąci pogodę ducha. Sierpień jest jak niedziela - z poniedziałkiem w perspektywie.
Wiem, że sierpień już minął, wrzesień w zasadzie również. Ale jakoś wcale mnie to nie pociesza.
Jesień idzie...
p.s.
Niniejszy wpis jest setnym w historii Wsi Anielskiej. Ta-dam!
No dobrze, nie sprawdzałem, ile kosztuje naprawa. Być może mniej niż cena kosiarki z salonu, ale pokusa nowej zabawki jest silniejsza od zdrowego rozsądku. Chcę nowej kosiarki! Mężczyźni dojrzewają do siódmego roku życia, a potem już tylko rosną.
Koniec koszenia jest jednym z niewielu jasnych punktów tej pory roku. Poza tym ogarnia mnie coraz silniejsze przygnębienie, tym czarniejsze im więcej kolorów pojawia się na drzewach. Czy wy, drodzy czytelnicy, też uważacie, że najbardziej przygnębiającym miesiącem w roku jest sierpień? Niby cały czas jest fajnie: wakacje, ciepło, słonecznie, ale czająca się za horyzontem jesienna plucha mąci pogodę ducha. Sierpień jest jak niedziela - z poniedziałkiem w perspektywie.
Wiem, że sierpień już minął, wrzesień w zasadzie również. Ale jakoś wcale mnie to nie pociesza.
Jesień idzie...
p.s.
Niniejszy wpis jest setnym w historii Wsi Anielskiej. Ta-dam!
niedziela, 22 września 2013
Spacer błocisty
- Zobaczcie, rodzice, wróciłam z błocistego spaceru!
Kamienny wyraz naszych twarzy jest efektem zniesienia sił o przeciwnych wektorach: pełnego uśmiechu wywołanego radosnym słowotwórstwem naszej młodszej pociechy oraz grymasu przerażenia spowodowanego efektem błocistej wyprawy.
Dzieci dzielą się na czyste i szczęśliwe - głosi znane powiedzenie. W tej skali nasza czterolatka jest w okolicach siódmego nieba.
A jeszcze chwilę wcześniej rozmawialiśmy o tym, że po wysypaniu podjazdu naszego podwórka żwirem, etap tonięcia w jesienno-wiosennej brei mamy szczęśliwie za sobą. Zupełnie nie wzięliśmy pod uwagę faktu, że dzieci potrafią upaprać się w błocie nawet na Saharze, wystarczy na chwile spuścić je z oka.
Gdyby ktoś potrzebował takiej specjalnej różdżki, którą szuka się żył wodnych, służę uprzejmie, córeczka jest do dyspozycji. Tylko proszę mi ją zwrócić wykąpaną i wypraną.
Kamienny wyraz naszych twarzy jest efektem zniesienia sił o przeciwnych wektorach: pełnego uśmiechu wywołanego radosnym słowotwórstwem naszej młodszej pociechy oraz grymasu przerażenia spowodowanego efektem błocistej wyprawy.
Dzieci dzielą się na czyste i szczęśliwe - głosi znane powiedzenie. W tej skali nasza czterolatka jest w okolicach siódmego nieba.
A jeszcze chwilę wcześniej rozmawialiśmy o tym, że po wysypaniu podjazdu naszego podwórka żwirem, etap tonięcia w jesienno-wiosennej brei mamy szczęśliwie za sobą. Zupełnie nie wzięliśmy pod uwagę faktu, że dzieci potrafią upaprać się w błocie nawet na Saharze, wystarczy na chwile spuścić je z oka.
Gdyby ktoś potrzebował takiej specjalnej różdżki, którą szuka się żył wodnych, służę uprzejmie, córeczka jest do dyspozycji. Tylko proszę mi ją zwrócić wykąpaną i wypraną.
niedziela, 15 września 2013
Brzydkie wyrazy
Bardzo dużo bardzo, bardzo brzydkich wyrazów bulgocze w wielkim garze, w jaki co rano zamienia się Vir Urbanus zagotowany takim oto widokiem:
Vir Urbanus oświadcza, że najprawdopodobniej stanie się pierwszym człowiekiem w historii, który zamieszka pod własną działką - wpędzony do grobu przez krety.
Zdaniem Vira Urbanusa krety są gorsze od komarów. Są gorsze od siedmiu plag egipskich. Zawartość Puszki Pandory była człowiekowi milsza. Krety są nieludzkie.
Jeszcze więcej jeszcze brzydszych wyrazów. Dwadzieścia pięć arów najbrzydszych wyrazów świata, we wszystkich językach.
DUPA!
Vir Urbanus oświadcza, że najprawdopodobniej stanie się pierwszym człowiekiem w historii, który zamieszka pod własną działką - wpędzony do grobu przez krety.
Zdaniem Vira Urbanusa krety są gorsze od komarów. Są gorsze od siedmiu plag egipskich. Zawartość Puszki Pandory była człowiekowi milsza. Krety są nieludzkie.
Jeszcze więcej jeszcze brzydszych wyrazów. Dwadzieścia pięć arów najbrzydszych wyrazów świata, we wszystkich językach.
DUPA!
niedziela, 8 września 2013
Do szkoły
- Pan się nic nie boi, my się nim zajmiemy i mu wszystko pokażemy!
Mój prawie już dorosły synek stoi na drodze obok remizy czekając na gimbus, który zawiezie go, pierwszy raz w życiu, do szkoły. Szkoła znajduje się pięć kilometrów dalej, w centrum gminy. Autobus, który dowozi dzieci codziennie rano, krąży po wszystkich okolicznych przysiółkach wypełniając się podekscytowanymi właścicielami nowiutkich tornistrów. Do nas powinien przyjechać o siódmej trzydzieści, ale trochę się spóźnia.
Obok synka stoi jego tata, obaj tęgimi minami maskują wielką, gorącą, ciężką kulę strachu, która przygniata im żołądek. Ciekawe, czyja większa...
Na przystanek dochodzą kolejne dzieci, w różnym wieku, wszystkie starsze od mojego. Wszystkie grzecznym "Dzień dobry" witają nowicjuszy, a dwie podrośnięte dziewczynki, po krótkim, uważnym zlustrowaniu mojej miny, dodają słowa rozpoczynające te opowieść. To aż tak widać?
Kilka minut później zza zakrętu wyłania się biało-niebieski autosan, który wygląda na mojego rówieśnika (czterdzieści plus). Jedna z dziewczynek chwyta plecak mojego synka (zdecydowanie za ciężki na jego sześcioipółletnie plecy, ale dziś oprócz książek jest w nim wszystko to co, trzeba zawieźć do szkoły i co później już w niej zostanie: kapcie, kubek, herbata, pół kilo cukru itp.). Druga bierze go za rękę i pomaga pokonać strome stopnie gimbusa. Rozemocjonowany chłopak zapomina się nawet pożegnać.
Tego dnia po lekcjach pojechałem po niego do szkoły. Synek wybiegł z budynku, a na mój widok rozświetliły mu się oczy.
- Siadaj kolego do auta, wracamy do domu.
- Chyba żartujesz, tata, jadę autobusem!
I tyle go widziałem.
Mój prawie już dorosły synek stoi na drodze obok remizy czekając na gimbus, który zawiezie go, pierwszy raz w życiu, do szkoły. Szkoła znajduje się pięć kilometrów dalej, w centrum gminy. Autobus, który dowozi dzieci codziennie rano, krąży po wszystkich okolicznych przysiółkach wypełniając się podekscytowanymi właścicielami nowiutkich tornistrów. Do nas powinien przyjechać o siódmej trzydzieści, ale trochę się spóźnia.
Obok synka stoi jego tata, obaj tęgimi minami maskują wielką, gorącą, ciężką kulę strachu, która przygniata im żołądek. Ciekawe, czyja większa...
Na przystanek dochodzą kolejne dzieci, w różnym wieku, wszystkie starsze od mojego. Wszystkie grzecznym "Dzień dobry" witają nowicjuszy, a dwie podrośnięte dziewczynki, po krótkim, uważnym zlustrowaniu mojej miny, dodają słowa rozpoczynające te opowieść. To aż tak widać?
Kilka minut później zza zakrętu wyłania się biało-niebieski autosan, który wygląda na mojego rówieśnika (czterdzieści plus). Jedna z dziewczynek chwyta plecak mojego synka (zdecydowanie za ciężki na jego sześcioipółletnie plecy, ale dziś oprócz książek jest w nim wszystko to co, trzeba zawieźć do szkoły i co później już w niej zostanie: kapcie, kubek, herbata, pół kilo cukru itp.). Druga bierze go za rękę i pomaga pokonać strome stopnie gimbusa. Rozemocjonowany chłopak zapomina się nawet pożegnać.
Tego dnia po lekcjach pojechałem po niego do szkoły. Synek wybiegł z budynku, a na mój widok rozświetliły mu się oczy.
- Siadaj kolego do auta, wracamy do domu.
- Chyba żartujesz, tata, jadę autobusem!
I tyle go widziałem.
niedziela, 1 września 2013
Jeszcze o Dolinie Będkowskiej
Każdy rodzic zna te chwile, w których ma ochotę zamordować własne dzieci. Nie dzieci - rozwrzeszczane, wydurniające się, głuche na łagodną perswazję potwory, które uparły się przećwiczyć umiejętność od dawna opanowaną do perfekcji: zmienianie swoich rodziców w czerwonookich, dyszących przez rozdęte nozdrza, miażdżących zęby w szczękościsku, rozdygotanych dzieciobójców.
Od kiedy posiadam dzieci, czyli od blisko siedmiu lat, jestem przekonany, że ludzkość spokojnie dożywałaby setki, gdyby nie potomstwo. Skoro jednak chęć przedłużenia gatunku wygrywa ze spokojnymi popołudniami na kanapie z dobrą lekturą, filiżanką herbaty i perspektywą wieczornego wypadu do kina, trzeba jakoś nieść ten krzyż. Moim sposobem na nie-zamordowanie własnych koźląt są wypady do Doliny Będkowskiej.
Choćby na godzinkę, nawet na pół. Dolina Będkowska posiada bowiem zadziwiającą właściwość łagodzenia wszelkiego napięcia, wartą o wiele więcej niż wysiłek zapakowania rozwrzeszczanego stada do samochodu, spakowania koca, ubrań na zmianę (niepotrzebnych, ale gdyby ich zabrakło, trzeba by się po nie wracać), jedzenia i picia, które również podlegają pod prawo Murphy'ego, a także lektury, która zgodnie z tą bezlitosną regułą przeważnie zostaje w domu, pominięta w rozgardiaszu.
W Dolinie Będkowskiej dzieciaki natychmiast wpadają na niewielki plac zabaw (huśtawki, zjeżdżalnia, piaskownica) i pozostają na nim tak długo, jak im się pozwoli. I TERAZ NAJWAŻNIEJSZE: nie zawracają głowy rodzicom. Żadnych "Tato, nudzi mi się", "Mamo, a on mi zabrał łopatkę". Są całkowicie pochłonięte zabawą, przeważnie z innymi dziećmi, których rodzice - tak jak my - opadają z westchnięciem na ławki i wpatrują się we wspinaczy na Sokolicy, bo też zapomnieli gazety.
Bywałem z dziećmi na wielu różnych placach zabaw. Ten w Dolinie Będkowskiej jest jedynym mi znanym, który pozwala rodzicom tak bardzo odetchnąć.
niedziela, 25 sierpnia 2013
W Dolinie Będkowskiej
Ze Wsi Anielskiej do Doliny Będkowskiej wiedzie wąska na jeden samochód, stroma ścieżka, od niedawna do samego dołu wyłożona asfaltem. Dalej, już w samej dolinie, jedzie się częściowo błotnistą, częściowo kamienistą drogą, która doprowadza aż do Brandysówki. Co prawda stoi przy niej zakaz wjazdu, ale napis na umieszczonej niżej tabliczce "Nie dotyczy mieszkańców oraz klientów Brandysówki" całkowicie go znosi, ponieważ doliną jeżdżą wyłącznie mieszkańcy i klienci Brandysówki. Brandysówka to niewielkie, rodzinne schronisko, baza dla wspinaczy, którzy masowo oblepiają okoliczne skałki z Sokolicą na czele.
Bardziej skutecznym zakazem wjazdu jest zwałowisko kamieni, które spłynęły prosto na drogę w czasie niedawnej nawałnicy. Co prawda te największe głazy uprzątnięto, ale pozostałe nadal czyhają na nisko zawieszone miski olejowe.
Ale nie jest to ani jedyna, ani najprzyjemniejsza droga do doliny. W czasie moich rowerowych eksploracji odkryłem kilka innych, ukrytych w lasach porastających jej zbocza. Każda z nich jest stroma, pełna kolein, wystających głazów i korzeni, a w deszczowe dni błota i kałuż, które bezlitośnie obnażają braki w wyszkoleniu miłośnika zjazdów ekstremalnych. Moment nieuwagi i nagle wyprzedzamy własny rower, który po chwili zdradziecko przygważdża nas od tyłu, gdy desperacko próbujemy zamortyzować upadek. Po kilku takich przygodach powinno się nabrać respektu, ale euforyczny pęd w dół uzależnia, więc wstajemy, ocieramy twarz z błota, prostujemy kierownicę i jedziemy dalej, tym bardziej luzując hamulec, im dalej od feralnego miejsca.
Aż w końcu wpadamy, zdyszani, podrapani, brudni, w sielski spokój doliny. Kolana i ręce drżą, zdumione oczy wpatrują się w rodziny leniwie piknikujące na kocach rozłożonych u podnóża Sokolicy. Ale po chwili spokój spływa i na nas. Schodzimy z roweru, z głębokim westchnieniem opadamy na ławkę przy strumieniu i zamieramy w niemej kontemplacji, zapominając na chwilę, nasza droga do domu też wiedzie pod górkę...
Bardziej skutecznym zakazem wjazdu jest zwałowisko kamieni, które spłynęły prosto na drogę w czasie niedawnej nawałnicy. Co prawda te największe głazy uprzątnięto, ale pozostałe nadal czyhają na nisko zawieszone miski olejowe.
Ale nie jest to ani jedyna, ani najprzyjemniejsza droga do doliny. W czasie moich rowerowych eksploracji odkryłem kilka innych, ukrytych w lasach porastających jej zbocza. Każda z nich jest stroma, pełna kolein, wystających głazów i korzeni, a w deszczowe dni błota i kałuż, które bezlitośnie obnażają braki w wyszkoleniu miłośnika zjazdów ekstremalnych. Moment nieuwagi i nagle wyprzedzamy własny rower, który po chwili zdradziecko przygważdża nas od tyłu, gdy desperacko próbujemy zamortyzować upadek. Po kilku takich przygodach powinno się nabrać respektu, ale euforyczny pęd w dół uzależnia, więc wstajemy, ocieramy twarz z błota, prostujemy kierownicę i jedziemy dalej, tym bardziej luzując hamulec, im dalej od feralnego miejsca.
Aż w końcu wpadamy, zdyszani, podrapani, brudni, w sielski spokój doliny. Kolana i ręce drżą, zdumione oczy wpatrują się w rodziny leniwie piknikujące na kocach rozłożonych u podnóża Sokolicy. Ale po chwili spokój spływa i na nas. Schodzimy z roweru, z głębokim westchnieniem opadamy na ławkę przy strumieniu i zamieramy w niemej kontemplacji, zapominając na chwilę, nasza droga do domu też wiedzie pod górkę...
niedziela, 18 sierpnia 2013
W powietrzu
Najwyżej latają samoloty, których nie widać. Jedynym śladem ich obecności są cienkie, białe nitki smug kondensacyjnych. Jedynym skutkiem ich obecności na Anielskim niebie jest konieczność wytłumaczenia dzieciom, co to jest smuga kondensacyjna.
Samoloty pasażerskie widać za to doskonale. Latają na tyle nisko, że często da się odczytać logo przewoźnika na ogonie. A czasami nie musimy nawet podnosić głów: gdy huk silników narasta, nasza sąsiadka spogląda na zegarek: "Siedemnasta piętnaście, to ten do Wiednia...". Sąsiadka pracuje na lotnisku w Balicach.
Za to mój synek zadziera głowę za każdym razem:
- Tata, na śmigła?
- Tak synku.
- Dziadeeeek!! Na śmigłaaaaa!!!! Twój ulubionyyyyy!!!!!!!!
Dzięki ponadprzeciętnej sile głosu mego synka cała okolica wie, że przelatujący samolot to turbośmigłowiec. Bez podnoszenia głowy.
Niżej od pasażerskich latają niewielkie samoloty sportowe. Ich obecność odnotowuję z kronikarskiego obowiązku, ponieważ nie znam się na nich kompletnie. Ot, zabrzęczy jak mucha i tyle go widzieli.
Mniej więcej na tej samej wysokości latają balony. To znaczy jak dotychczas zdarzyło się to dwa razy. Za każdym razem nasz pies odchodził od zmysłów: spieniona wściekłość zmieszana ze śmiertelnym przerażeniem.
Również dwa razy we Wsi wylądował helikopter medyczny. Jego pojawienie się opisałem TUTAJ
Nad naszym domem często przelatują też motolotnie. Dwa rodzaje: klasyczne, trójkątne skrzydło, trzykołowe podwozie i śmigło z tyłu, albo spadochron plus silnik przytroczony do pleców pilota. Motolotnie latają tak nisko, że można dostrzec rysy twarzy Ikarów. Mój kolega z pracy, który lata na szybowcach, mawia, że samoloty mogą się rozbić, a motolotnie muszą. Na razie żadna w naszej okolicy się nie rozbiła i oby tak pozostało.
Najniżej w historii Wsi Anielskiej przeleciał wojskowy transportowiec Casa C-295M z 13. Eskadry Lotnictwa Transportowego, która stacjonuje w Balicach. Casa ma dwadzieścia pięć metrów długości, dwa turbośmigłowe silniki i zabiera dziesięć ton ładunku - olbrzymie bydlę.
Któregoś sielankowego popołudnia (kawka, gazetka, dzieci grzecznie bawią się w piasku) nagle pękło niebo, stalowoszary, skrzydlaty smok rycząc straszliwie musnął ogonem komin naszego domu i pognał za horyzont.
W ciszy, która nastała, słychać było kapanie kawy z przechylonej, zastygłej w dłoni filiżanki.
Samoloty pasażerskie widać za to doskonale. Latają na tyle nisko, że często da się odczytać logo przewoźnika na ogonie. A czasami nie musimy nawet podnosić głów: gdy huk silników narasta, nasza sąsiadka spogląda na zegarek: "Siedemnasta piętnaście, to ten do Wiednia...". Sąsiadka pracuje na lotnisku w Balicach.
Za to mój synek zadziera głowę za każdym razem:
- Tata, na śmigła?
- Tak synku.
- Dziadeeeek!! Na śmigłaaaaa!!!! Twój ulubionyyyyy!!!!!!!!
Dzięki ponadprzeciętnej sile głosu mego synka cała okolica wie, że przelatujący samolot to turbośmigłowiec. Bez podnoszenia głowy.
Niżej od pasażerskich latają niewielkie samoloty sportowe. Ich obecność odnotowuję z kronikarskiego obowiązku, ponieważ nie znam się na nich kompletnie. Ot, zabrzęczy jak mucha i tyle go widzieli.
Mniej więcej na tej samej wysokości latają balony. To znaczy jak dotychczas zdarzyło się to dwa razy. Za każdym razem nasz pies odchodził od zmysłów: spieniona wściekłość zmieszana ze śmiertelnym przerażeniem.
Również dwa razy we Wsi wylądował helikopter medyczny. Jego pojawienie się opisałem TUTAJ
Nad naszym domem często przelatują też motolotnie. Dwa rodzaje: klasyczne, trójkątne skrzydło, trzykołowe podwozie i śmigło z tyłu, albo spadochron plus silnik przytroczony do pleców pilota. Motolotnie latają tak nisko, że można dostrzec rysy twarzy Ikarów. Mój kolega z pracy, który lata na szybowcach, mawia, że samoloty mogą się rozbić, a motolotnie muszą. Na razie żadna w naszej okolicy się nie rozbiła i oby tak pozostało.
Najniżej w historii Wsi Anielskiej przeleciał wojskowy transportowiec Casa C-295M z 13. Eskadry Lotnictwa Transportowego, która stacjonuje w Balicach. Casa ma dwadzieścia pięć metrów długości, dwa turbośmigłowe silniki i zabiera dziesięć ton ładunku - olbrzymie bydlę.
Któregoś sielankowego popołudnia (kawka, gazetka, dzieci grzecznie bawią się w piasku) nagle pękło niebo, stalowoszary, skrzydlaty smok rycząc straszliwie musnął ogonem komin naszego domu i pognał za horyzont.
W ciszy, która nastała, słychać było kapanie kawy z przechylonej, zastygłej w dłoni filiżanki.
niedziela, 11 sierpnia 2013
Pieczonka
Garnek do pieczonki należy wysmarować smalcem. Następnie wykładamy go liśćmi kapusty, a potem wrzucamy do niego pokrojone ziemniaki, plastry kiełbasy i posiekaną cebulę - do pełna. Całość zalewamy obficie (OBFICIE!) śmietaną. Sól, pieprz, liść kapusty na wierzch i dokręcamy wieczko.
Garnek stawiamy w ognisku, ale nie takim świeżym, tylko już takim trochę wygasłym, w którym więcej jest żaru niż płomienia. Jeśli się więc nam spieszy, to najpierw rozpalmy ognisko, a dopiero potem wypełniamy garnek. Tylko po co się spieszyć? Jak się komuś spieszy, to niech sobie jajecznicę usmaży.
Garnek wstawiamy do ogniska i czekamy, aż się pieczonka upiecze. Tak ze dwie, trzy godziny. Jak kto lubi, może sobie usiąść i wpatrywać się w ogień, można też zabrać się za jakąś robotę w ogrodzie (w ogrodzie zawsze jest coś do zrobienia), ale najlepiej usiąść w gronie ludzi, których się lubi i spędzić ten czas na niespiesznych pogawędkach o dupie Maryni.
Po trzech godzinach wyjmujemy garnek z ogniska, odkręcamy wieczko i - smacznego. Kalorii nie liczymy, dyspensa jest warunkiem koniecznym.
p.s. 1
Przepisów na pieczonkę jest tysiąc dwieście piętnaście, łatwo znaleźć w internecie.
p.s.2
Jeśli nie mamy garnka do pieczonki, to nie szkodzi. W takim przypadku ostrzymy kijki i pieczemy sobie kiełbaski.
p.s.3
W zasadzie ognisko też nie jest konieczne. Mogą być słone paluszki, można zamówić pizzę. Bo...
Garnek stawiamy w ognisku, ale nie takim świeżym, tylko już takim trochę wygasłym, w którym więcej jest żaru niż płomienia. Jeśli się więc nam spieszy, to najpierw rozpalmy ognisko, a dopiero potem wypełniamy garnek. Tylko po co się spieszyć? Jak się komuś spieszy, to niech sobie jajecznicę usmaży.
Garnek wstawiamy do ogniska i czekamy, aż się pieczonka upiecze. Tak ze dwie, trzy godziny. Jak kto lubi, może sobie usiąść i wpatrywać się w ogień, można też zabrać się za jakąś robotę w ogrodzie (w ogrodzie zawsze jest coś do zrobienia), ale najlepiej usiąść w gronie ludzi, których się lubi i spędzić ten czas na niespiesznych pogawędkach o dupie Maryni.
Po trzech godzinach wyjmujemy garnek z ogniska, odkręcamy wieczko i - smacznego. Kalorii nie liczymy, dyspensa jest warunkiem koniecznym.
p.s. 1
Przepisów na pieczonkę jest tysiąc dwieście piętnaście, łatwo znaleźć w internecie.
p.s.2
Jeśli nie mamy garnka do pieczonki, to nie szkodzi. W takim przypadku ostrzymy kijki i pieczemy sobie kiełbaski.
p.s.3
W zasadzie ognisko też nie jest konieczne. Mogą być słone paluszki, można zamówić pizzę. Bo...
Najważniejsi są ludzie, których lubimy.
A pieczonka najlepiej smakuje jesienią.
niedziela, 4 sierpnia 2013
Nasza nowa niania
Nasza nowa niania nie wygląda jak typowa niania. Nosi granatowe, upaprane betonem, drelichowe spodnie, bawełniane, kraciaste koszule z rękawami podwiniętymi za łokcie, ciężkie, wzmocnione na czubkach buciory, dzięki którym spadająca cegła nie zmiażdży palców, oraz czapki z daszkiem, również upaprane.
Nasza nowa niania przeważnie jest nieogolona, a z kącika ust zwisa jej papieros, którego nie wyjmuje ani na moment. Zza zasłony dymnej co chwila wylatują słowa absolutnie nie-do-zacytowania:
- Podaj, qfa, młotek!
Jednak na moje poranne "Dzień dobry" niania odpowiada chóralnym "Dobry!" i uprzejmie przykłada palce do daszka od czapki. A potem już zajmuje się dziećmi:
- Siadaj Stasiu!
- Wcześnie dziś wstałeś.
- Śniadanie zjedzone?
- Ale dziś gorąco, nie?
Staś siada i nie wstanie co najmniej do obiadu. Zosia również, choć bardziej dlatego, że we wszystkim naśladuje starszego brata, niż z fascynacji nową nianią. Dla dziewczynki brygada sześciu budowlańców stawiająca dom na działce za płotem nie jest aż tak fascynująca.
Nasza nowa niania będzie zajmować się dziećmi do końca tego sezonu i przez cały następny. Jesteśmy wniebowzięci.
p.s.
Parasol chroniący od słońca to pomysł mojego synka. Tata jest z niego bardzo dumny.
Nasza nowa niania przeważnie jest nieogolona, a z kącika ust zwisa jej papieros, którego nie wyjmuje ani na moment. Zza zasłony dymnej co chwila wylatują słowa absolutnie nie-do-zacytowania:
- Podaj, qfa, młotek!
Jednak na moje poranne "Dzień dobry" niania odpowiada chóralnym "Dobry!" i uprzejmie przykłada palce do daszka od czapki. A potem już zajmuje się dziećmi:
- Siadaj Stasiu!
- Wcześnie dziś wstałeś.
- Śniadanie zjedzone?
- Ale dziś gorąco, nie?
Staś siada i nie wstanie co najmniej do obiadu. Zosia również, choć bardziej dlatego, że we wszystkim naśladuje starszego brata, niż z fascynacji nową nianią. Dla dziewczynki brygada sześciu budowlańców stawiająca dom na działce za płotem nie jest aż tak fascynująca.
Nasza nowa niania będzie zajmować się dziećmi do końca tego sezonu i przez cały następny. Jesteśmy wniebowzięci.
p.s.
Parasol chroniący od słońca to pomysł mojego synka. Tata jest z niego bardzo dumny.
niedziela, 28 lipca 2013
Nowa droga
Przez Wieś Anielską wiedzie nowa droga. Może nawet Nowa Droga, bo to jednak wydarzenie raz na kilka lat. Może nie takie na festyn, orkiestrę strażacką i przecinanie wstęgi, ale jednak. Zamiast starym, spękanym, wyszczerbionym, wykolejonym (znaczy: pełnym kolein) asfaltem, od kilku dni jeździmy nowiutką, gładziutką, wciąż jeszcze pachnącą ropą nawierzchnią. Asfalt jest zaskakująco gruby, co pozwala wierzyć, że nowa droga (Nowa Droga) wytrzyma ciężar gruch z betonem i wywrotek ze żwirem zmierzających na pobliskie budowy. Co prawda przy wjeździe na drogę stoi znak Zakaz wjazdu pojazdów powyżej 3,5 tony, ale nikt na niego nie zwraca uwagi. Bo faktycznie, grucha dojedzie do znaku i co dalej, taczkami ma dowozić?
Tak więc nowa droga prezentuje się naprawdę okazale. Ciekawy był też sposób jej wykonania. Najpierw, jakieś trzy tygodnie temu, pojawiło się dwóch robotników z wielką tarczową przecinarką (czy jak się to ustrojstwo nazywa). Na asfalcie przy skrzyżowaniu pojawiło się milimetrowej szerokości cięcie, zmaltretowana wiejska cisza do dziś dochodzi do siebie. Jeszcze tego samego dnia przyjechała równiarka (autor puchnie z dumy, że zna takie słowo. Poznał je z książeczki synka, który uwielbia czytać o różnych maszynach). Równiarka zeszlifowała krawędzie starego asfaltu, odwalając na bok ziemię z chwastami. Następnie zapadła cisza.
Cisza trwała trzy tygodnie. Mieszkańcy wsi ze spokojem podchodzili do niedziania się. To nie wielkie miasto, w którym nowe drogi robią się w miesiąc, bo liczne ekipy drogowców dniami i nocami nie ustają w wysiłkach, by jak najszybciej ulżyć tkwiącym w korkach mieszkańcom. Heh...
- Nie spieszy im się, co?
- Ano nie spieszy...
Niedzianie się było znakomitym pretekstem do rozpoczęcia sąsiedzkiej pogawędki.
Gdy wtem...
Trzy dni temu rano wyruszyłem do pracy jeszcze starą drogą, a wróciłem już nową. Niewidzialna ręka drogowców uwinęła się z robotą w jeden dzień.
- Tata, i była też taka beczka, która polała drogę bitumenem, no! Żeby się asfalt lepiej przylepił, no!
Mój pierworodny, którego traktor nie odciągnąłby od okna, przez resztę dnia podskakiwał z emocji. A na wieczornym spacerze natychmiast się owym bitumenem upaprał. O tym, że bitumen to właśnie bitumen, pierworodny wie z książeczki o budowaniu drogi, tej z równiarką.
Wszyscy się z Nowej Drogi bardzo cieszymy. I nikt nie narzeka, że zrobili ją tylko do połowy.
Tak więc nowa droga prezentuje się naprawdę okazale. Ciekawy był też sposób jej wykonania. Najpierw, jakieś trzy tygodnie temu, pojawiło się dwóch robotników z wielką tarczową przecinarką (czy jak się to ustrojstwo nazywa). Na asfalcie przy skrzyżowaniu pojawiło się milimetrowej szerokości cięcie, zmaltretowana wiejska cisza do dziś dochodzi do siebie. Jeszcze tego samego dnia przyjechała równiarka (autor puchnie z dumy, że zna takie słowo. Poznał je z książeczki synka, który uwielbia czytać o różnych maszynach). Równiarka zeszlifowała krawędzie starego asfaltu, odwalając na bok ziemię z chwastami. Następnie zapadła cisza.
Cisza trwała trzy tygodnie. Mieszkańcy wsi ze spokojem podchodzili do niedziania się. To nie wielkie miasto, w którym nowe drogi robią się w miesiąc, bo liczne ekipy drogowców dniami i nocami nie ustają w wysiłkach, by jak najszybciej ulżyć tkwiącym w korkach mieszkańcom. Heh...
- Nie spieszy im się, co?
- Ano nie spieszy...
Niedzianie się było znakomitym pretekstem do rozpoczęcia sąsiedzkiej pogawędki.
Gdy wtem...
Trzy dni temu rano wyruszyłem do pracy jeszcze starą drogą, a wróciłem już nową. Niewidzialna ręka drogowców uwinęła się z robotą w jeden dzień.
- Tata, i była też taka beczka, która polała drogę bitumenem, no! Żeby się asfalt lepiej przylepił, no!
Mój pierworodny, którego traktor nie odciągnąłby od okna, przez resztę dnia podskakiwał z emocji. A na wieczornym spacerze natychmiast się owym bitumenem upaprał. O tym, że bitumen to właśnie bitumen, pierworodny wie z książeczki o budowaniu drogi, tej z równiarką.
Wszyscy się z Nowej Drogi bardzo cieszymy. I nikt nie narzeka, że zrobili ją tylko do połowy.
niedziela, 21 lipca 2013
Z dostawą do domu
Wiele rzeczy kot potrafi przynieść do domu:
- myszy martwe.
- myszy żywe, które już w domu dokonują żywota w kocich pazurach. Większość z nich zostaje skonsumowana w najciemniejszym kącie naszej sypialni, pod łóżkiem, pod które muszę następnie wpełzać ze szmatą, by wytrzeć to, co zostało.
- kapselki po piwie. Miałem kiedyś kota, który notorycznie znosił je z pobliskiej budowy. O zwierzaku świadczy to bardzo dobrze, przynoszenie zdobyczy do domu to najwyższy stopień kociego zaufania. Duża liczba kapselków gorzej świadczy o robotnikach.
- cienkie parówki. Przez chwilę mnie kusiło by je ugotować i podać na śniadanie, ale w końcu uznałem, że to jednak niesmaczny dowcip.
- ptaki. Przeważnie małe, wielkości wróbla. Ostatnio jednak widziałem naszą kotkę z drozdem w pysku. Zjadła go pod krzakiem przy tarasie, tylko kupka piór została. Ciekawe co następne, może bocian.
- krety. Jak u licha kot potrafi złapać kreta!? Bo chyba nie wpełza do tunelu i nie czai się za rogiem. Mniejsza z tym, najważniejsze, że od kiedy nowa kotka zamieszkała z nami, liczba kopców w ogrodzie systematycznie maleje.
- Pół zająca. Dwa dni temu na tarasie, pod drzwiami leżało PÓŁ ZAJĄCA: tylne nogi i brzuch. Zupełnie świeże, jeszcze krew wyciekała. Pół zająca to jest więcej niż pół kota. Nie mam zielonego pojęcia A: jak niezbyt dużej kotce udało się przytargać do domu coś tak dużego, B: jak ona go upolowała, C: co się stało z drugą połową zająca. Kotka patrzyła na mnie wzrokiem potępieńczym, gdy zakopywałem go pod malwami.
Ten rozdział pozostaje otwarty, dopóki koty z nami mieszkają.
- myszy martwe.
- myszy żywe, które już w domu dokonują żywota w kocich pazurach. Większość z nich zostaje skonsumowana w najciemniejszym kącie naszej sypialni, pod łóżkiem, pod które muszę następnie wpełzać ze szmatą, by wytrzeć to, co zostało.
- kapselki po piwie. Miałem kiedyś kota, który notorycznie znosił je z pobliskiej budowy. O zwierzaku świadczy to bardzo dobrze, przynoszenie zdobyczy do domu to najwyższy stopień kociego zaufania. Duża liczba kapselków gorzej świadczy o robotnikach.
- cienkie parówki. Przez chwilę mnie kusiło by je ugotować i podać na śniadanie, ale w końcu uznałem, że to jednak niesmaczny dowcip.
- ptaki. Przeważnie małe, wielkości wróbla. Ostatnio jednak widziałem naszą kotkę z drozdem w pysku. Zjadła go pod krzakiem przy tarasie, tylko kupka piór została. Ciekawe co następne, może bocian.
- krety. Jak u licha kot potrafi złapać kreta!? Bo chyba nie wpełza do tunelu i nie czai się za rogiem. Mniejsza z tym, najważniejsze, że od kiedy nowa kotka zamieszkała z nami, liczba kopców w ogrodzie systematycznie maleje.
- Pół zająca. Dwa dni temu na tarasie, pod drzwiami leżało PÓŁ ZAJĄCA: tylne nogi i brzuch. Zupełnie świeże, jeszcze krew wyciekała. Pół zająca to jest więcej niż pół kota. Nie mam zielonego pojęcia A: jak niezbyt dużej kotce udało się przytargać do domu coś tak dużego, B: jak ona go upolowała, C: co się stało z drugą połową zająca. Kotka patrzyła na mnie wzrokiem potępieńczym, gdy zakopywałem go pod malwami.
Ten rozdział pozostaje otwarty, dopóki koty z nami mieszkają.
niedziela, 14 lipca 2013
Córka fortuny
Moja żona znalazła wczoraj siedmiolistną koniczynę. Nie czterolistną, te potrafi znaleźć z zamkniętymi oczyma, i nie pięciolistną, których znalazła więcej, niż większość z Was czterolistnych. Nie była to również sześciolistna koniczyna, którą z nieznanych mi powodów małżonka postanowiła pominąć, by przejść od razu do siedmiolistnej. Zupełnie jak w układzie okresowym pierwiastków: nie wszystkie jeszcze udało się zaobserwować, ale dzięki liczbie atomowej wiemy, że gdzieś są.
Okoliczności znalezienia siedmiolistnej koniczyny były równie banalne, jak te przy znajdowaniu cztero- i pięciolistnych: spacer polną drogą, która dzięki obfitym deszczom zarosła do kolan. Małżonka w pewnym momencie schyla się, przez chwilę wodzi rękoma po zielonej kołdrze i nagle z triumfalno-figlarnym Ta-daaam! wyciąga siedem listków na chudej, drżącej łodyżce. Siedem! Nie cztery, nie pięć, nie sześć. Siedem.
Gdy pytam ją, jak ona to robi, małżonka tylko mruży oczy w uśmiechu...
Wiele jest na świecie tajemnic:
- Jak wzniesiono posągi na Wyspie Wielkanocnej.
- Gdzie leży Atlantyda.
- Dlaczego kot spada na cztery łapy.
- Co to jest Mechanizm z Antykithiry.
- Czy istnieje życie w kosmosie.
- "Gdzie są, do cholery, kluczyki od auta!"
Żadnej z nich nie udało się przekonująco wyjaśnić. Nie znalazłszy wytłumaczenia fenomenu małżonki, dołączam do powyższej listy kolejną zagadkę: Jak ona to robi.
Jakieś pomysły?
Po zasuszeniu w książce koniczyna nie wygląda na siedmiolistną, ale proszę mi wierzyć, dokładnie tyle liści znajduje się na fotografii. Liczyłem siedmiokrotnie. Mój prawie siedmioletni synek również.
Okoliczności znalezienia siedmiolistnej koniczyny były równie banalne, jak te przy znajdowaniu cztero- i pięciolistnych: spacer polną drogą, która dzięki obfitym deszczom zarosła do kolan. Małżonka w pewnym momencie schyla się, przez chwilę wodzi rękoma po zielonej kołdrze i nagle z triumfalno-figlarnym Ta-daaam! wyciąga siedem listków na chudej, drżącej łodyżce. Siedem! Nie cztery, nie pięć, nie sześć. Siedem.
Gdy pytam ją, jak ona to robi, małżonka tylko mruży oczy w uśmiechu...
Wiele jest na świecie tajemnic:
- Jak wzniesiono posągi na Wyspie Wielkanocnej.
- Gdzie leży Atlantyda.
- Dlaczego kot spada na cztery łapy.
- Co to jest Mechanizm z Antykithiry.
- Czy istnieje życie w kosmosie.
- "Gdzie są, do cholery, kluczyki od auta!"
Żadnej z nich nie udało się przekonująco wyjaśnić. Nie znalazłszy wytłumaczenia fenomenu małżonki, dołączam do powyższej listy kolejną zagadkę: Jak ona to robi.
Jakieś pomysły?
Po zasuszeniu w książce koniczyna nie wygląda na siedmiolistną, ale proszę mi wierzyć, dokładnie tyle liści znajduje się na fotografii. Liczyłem siedmiokrotnie. Mój prawie siedmioletni synek również.
niedziela, 7 lipca 2013
Wypłynąłem na suchego przestwór oceanu
- Rowem, sąsiad, rowem! Jedna noga zawsze niżej! - taką radę otrzymałem wczoraj o godzinie wpół do drugiej w nocy w drzwiach domu sąsiada, gdy poczułem, że udanie się do łóżka jest zdecydowanie lepszym pomysłem, niż jeszcze jeden drink. Wskazówce towarzyszyło chóralne parsknięcie śmiechu tych, którzy byli w stanie mniej wskazującym.
Problem polegał na tym, że noc była bezksiężycowa, a polna droga wiodąca do domu pełna pułapek i niebezpieczeństw. Ich natężenie wzrastało wykładniczo z każdym kolejnym drinkiem: jeden drink - dwa razy więcej, dwa drinki - cztery razy więcej, trzy drinki - dziewięć razy więcej prawdopodobieństwa że się wyłożę.
Ustaliwszy mniej więcej azymut wziąłem głęboki oddech. Następnie przeniosłem środek ciężkości nieco w przód zmuszając ciało do pierwszego kroku. Gwałtowne szarpnięcie, które nastąpiło sekundę później, spowodowała moja prawa dłoń, która uparła się nie puszczać framugi. Po krótkiej szarpaninie zdołałem odczepić cumę. Stutonowy krążownik majestatycznie opuścił bezpieczny port i zniknął w ciemnościach.
Dzięki bezcennej radzie żegluga okazała się cudownie spokojna. Zajęte pilnowaniem balansu ciało gładko mijało chaszcze i wykroty, a umysł zajął się kontemplacją rozgwieżdżonego piękna lipcowego nieba.
Wdepnięcie w kałużę na końcu rowu przywróciło jedność ciała i umysłu. Dom był tuż, tuż...
Problem polegał na tym, że noc była bezksiężycowa, a polna droga wiodąca do domu pełna pułapek i niebezpieczeństw. Ich natężenie wzrastało wykładniczo z każdym kolejnym drinkiem: jeden drink - dwa razy więcej, dwa drinki - cztery razy więcej, trzy drinki - dziewięć razy więcej prawdopodobieństwa że się wyłożę.
Ustaliwszy mniej więcej azymut wziąłem głęboki oddech. Następnie przeniosłem środek ciężkości nieco w przód zmuszając ciało do pierwszego kroku. Gwałtowne szarpnięcie, które nastąpiło sekundę później, spowodowała moja prawa dłoń, która uparła się nie puszczać framugi. Po krótkiej szarpaninie zdołałem odczepić cumę. Stutonowy krążownik majestatycznie opuścił bezpieczny port i zniknął w ciemnościach.
Dzięki bezcennej radzie żegluga okazała się cudownie spokojna. Zajęte pilnowaniem balansu ciało gładko mijało chaszcze i wykroty, a umysł zajął się kontemplacją rozgwieżdżonego piękna lipcowego nieba.
Wdepnięcie w kałużę na końcu rowu przywróciło jedność ciała i umysłu. Dom był tuż, tuż...
niedziela, 30 czerwca 2013
Sprzężenie zwrotne
Sobotni poranek był równie deszczowy, co piątkowy, czwartkowy, środowy i wtorkowy... Deszczowy był cały ubiegły tydzień oraz pół poprzedniego. Atmosfera kwaśniała od wilgoci i nic nie zapowiadało odmiany. A jednak. Gdzieś koło południa niebo zaczęło się przecierać i słońce po raz pierwszy od dziesięciu dni zalało Wieś Anielską. Popołudnie, które zapowiadało się równie ponuro, co poprzednie, niespodziewanie pomknęło w stronę sielanki.
I wtedy, gdzieś koło czwartej, ryknęła pierwsza kosiarka. Któryś z sąsiadów nie wytrzymał i, gdy tylko słońce podsuszyło trawnik do poziomu akceptowalnego przez wirujące ostrze, rozpoczął uparty, monotonny marsz. Sielanka prysła jak bańka mydlana.
Chwilę później obudzone warkotem poczucie winy poderwało drugiego sąsiada, który z ponurą miną zaczął napychać skoszoną trawą trzewia swojego spalinowego głodomora. Stereofoniczne, wzmocnione efektem synergii vibrato przeszywało czaszkę na wylot. Dupa - pomyślałem. Dupa, nie popołudnie.
Następnie uruchomiłem własną kosiarkę i poszczułem ją na niekoszoną od prawie dwóch tygodni zieloność. To był jedyny sposób, by nie zwariować od hałasu. Rozpamiętując utraconą sielankę pozwalałem wygłodniałej maszynie wgryzać się w soczyste kępy. Kątem oka dostrzegałem, jak kolejni sąsiedzi z kwaśnymi minami powiększali grono drepczących Syzyfów.
I wtedy stał się cud. Zbudzony z poobiedniej drzemki Pan Bóg podniósł głowę z leżaka, spojrzał w dół i groźnie mruknął. Ciemne chmury posłusznie zasłoniły słońce i przepędziły kosiarki krótką, intensywną ulewą. Kwadrans później Jego srogie oblicze pojaśniało, a słońce znów zalało okolicę figlarnie migocząc w przemoczonych do korzeni źdźbłach. Sielanka wróciła.
I wtedy, gdzieś koło czwartej, ryknęła pierwsza kosiarka. Któryś z sąsiadów nie wytrzymał i, gdy tylko słońce podsuszyło trawnik do poziomu akceptowalnego przez wirujące ostrze, rozpoczął uparty, monotonny marsz. Sielanka prysła jak bańka mydlana.
Chwilę później obudzone warkotem poczucie winy poderwało drugiego sąsiada, który z ponurą miną zaczął napychać skoszoną trawą trzewia swojego spalinowego głodomora. Stereofoniczne, wzmocnione efektem synergii vibrato przeszywało czaszkę na wylot. Dupa - pomyślałem. Dupa, nie popołudnie.
Następnie uruchomiłem własną kosiarkę i poszczułem ją na niekoszoną od prawie dwóch tygodni zieloność. To był jedyny sposób, by nie zwariować od hałasu. Rozpamiętując utraconą sielankę pozwalałem wygłodniałej maszynie wgryzać się w soczyste kępy. Kątem oka dostrzegałem, jak kolejni sąsiedzi z kwaśnymi minami powiększali grono drepczących Syzyfów.
I wtedy stał się cud. Zbudzony z poobiedniej drzemki Pan Bóg podniósł głowę z leżaka, spojrzał w dół i groźnie mruknął. Ciemne chmury posłusznie zasłoniły słońce i przepędziły kosiarki krótką, intensywną ulewą. Kwadrans później Jego srogie oblicze pojaśniało, a słońce znów zalało okolicę figlarnie migocząc w przemoczonych do korzeni źdźbłach. Sielanka wróciła.
niedziela, 23 czerwca 2013
Upał...
...czyli jak dwie największe wady Wsi Anielskiej stają się zaletami.
Pierwsza wada to wiatr, który wieje u nas nieustannie. Dni bezwietrznie, owszem, też się zdarzają, trzy - cztery razy w roku. Wiatr chłodzi nas bez względu na temperaturę. W mroźne dni wyciska łzy z oczu i marmurzy* policzki, wiosną i jesienią zgania nas z tarasu nie zważając na jęki i zaklęcia.
Za to latem, w czasie upału, bezlitosny wiatr zamienia się w przyjemny, chłodzący zefirek. Życie rodzinne przenosi się wtedy na taras. Tu jemy śniadania, obiady i kolacje, tu zasiadamy w fotelach z lekturą, tu dzieciaki rozkładają klocki albo taplają się w misce z wodą.
Druga wada to temperatura. Wieś Anielska leży o sto metrów wyżej od Krakowa, w związku z czym jest tu wyraźnie chłodniej niż w mieście. Zima trwa dłużej, jest mroźniejsza i bardziej śnieżna. Wiosna przychodzi dwa tygodnie później, jesień dwa tygodnie wcześniej. Za to latem... Dwa dni temu mój samochodowy termometr pokazywał 36,5 stopni Celsjusza - w mieście. Po dojeździe do domu temperatura spadła do 29. Też gorąco, ale wtedy wkroczyłem na przewiewny, zacieniony taras i, zrzuciwszy miejski uniform, opadłem na hamak z przeciągłym aaaaach...
Krótko mówiąc w czasie upału na wsi jest przyjemniej niż w mieście. Kto by pomyślał!
p.s.
Nasza nowa kotka (ta czarna), trzy dni temu upolowała kreta. Biedne zwierzę piszczało tak, że pół wsi słyszało. Litość dla kreciej męczarni przez krótką chwilę walczyła we mnie z euforią. Od trzech dni w ogrodzie nie pojawił się ani jeden nowy kopiec. Euforia narasta.
---
*marmurzy = policzki stają się twarde i zimne jak marmur. Albo jak granit, ale "granici" nie brzmi zbyt dobrze. Zamiast "marmurzy" można powiedzieć "zmarmurza" (jak w piosence). "Zgranica" również nie brzmi najlepiej.
Pierwsza wada to wiatr, który wieje u nas nieustannie. Dni bezwietrznie, owszem, też się zdarzają, trzy - cztery razy w roku. Wiatr chłodzi nas bez względu na temperaturę. W mroźne dni wyciska łzy z oczu i marmurzy* policzki, wiosną i jesienią zgania nas z tarasu nie zważając na jęki i zaklęcia.
Za to latem, w czasie upału, bezlitosny wiatr zamienia się w przyjemny, chłodzący zefirek. Życie rodzinne przenosi się wtedy na taras. Tu jemy śniadania, obiady i kolacje, tu zasiadamy w fotelach z lekturą, tu dzieciaki rozkładają klocki albo taplają się w misce z wodą.
Druga wada to temperatura. Wieś Anielska leży o sto metrów wyżej od Krakowa, w związku z czym jest tu wyraźnie chłodniej niż w mieście. Zima trwa dłużej, jest mroźniejsza i bardziej śnieżna. Wiosna przychodzi dwa tygodnie później, jesień dwa tygodnie wcześniej. Za to latem... Dwa dni temu mój samochodowy termometr pokazywał 36,5 stopni Celsjusza - w mieście. Po dojeździe do domu temperatura spadła do 29. Też gorąco, ale wtedy wkroczyłem na przewiewny, zacieniony taras i, zrzuciwszy miejski uniform, opadłem na hamak z przeciągłym aaaaach...
Krótko mówiąc w czasie upału na wsi jest przyjemniej niż w mieście. Kto by pomyślał!
p.s.
Nasza nowa kotka (ta czarna), trzy dni temu upolowała kreta. Biedne zwierzę piszczało tak, że pół wsi słyszało. Litość dla kreciej męczarni przez krótką chwilę walczyła we mnie z euforią. Od trzech dni w ogrodzie nie pojawił się ani jeden nowy kopiec. Euforia narasta.
---
*marmurzy = policzki stają się twarde i zimne jak marmur. Albo jak granit, ale "granici" nie brzmi zbyt dobrze. Zamiast "marmurzy" można powiedzieć "zmarmurza" (jak w piosence). "Zgranica" również nie brzmi najlepiej.
niedziela, 16 czerwca 2013
Na leniuchu
Moi drodzy Czytelnicy,
Kiedy siedzi się na zalanym słońcem tarasie z kawusią w filiżance, lekturą na kolanach i dzieciakami, które nie zawracają głowy, bo całkowicie pochłonął je pobliski plac zabaw,
Kiedy brzuch powoli trawi obfite, leniwie spożyte śniadanie, pobierając w tym celu całość dostępnej energii,
Kiedy wzrok uporczywie odrywa się od ekranu komputera w kierunku strumienia, który w słońcu zamienia się w srebrzystą wstęgę odgradzającą trawnik od lasu,
Kiedy tegoż strumienia szum wraz z ptasząt śpiewem współtworzą muzykę słodką-nie-do-zniesienia i tylko jelenia na rykowisku brakuje do kiczu kompletnego,
I kiedy te wszystkie cudowności mają miejsce na tle coraz wyższych, porośniętych świeżo-zielonym lasem wzgórz uwieńczonych połyskująca w słońcu iglicą na Skrzycznem,
To wierzcie mi, drodzy Czytelnicy, że magnetycznej potędze tych cudowności nie oparliby się żadni Gombrowicze, Lemy czy Tuwimy, a co dopiero taki marny żuczek literatury, jak ja. W związku z czym dłużej już nie walczę, rozluźniam uchwyt i pozwalam owej potędze wyrwać mi pióro (metafora) z ręki.
Niech żyją weekendowe wypady (do Szczyrku)!
Kiedy siedzi się na zalanym słońcem tarasie z kawusią w filiżance, lekturą na kolanach i dzieciakami, które nie zawracają głowy, bo całkowicie pochłonął je pobliski plac zabaw,
Kiedy brzuch powoli trawi obfite, leniwie spożyte śniadanie, pobierając w tym celu całość dostępnej energii,
Kiedy wzrok uporczywie odrywa się od ekranu komputera w kierunku strumienia, który w słońcu zamienia się w srebrzystą wstęgę odgradzającą trawnik od lasu,
Kiedy tegoż strumienia szum wraz z ptasząt śpiewem współtworzą muzykę słodką-nie-do-zniesienia i tylko jelenia na rykowisku brakuje do kiczu kompletnego,
I kiedy te wszystkie cudowności mają miejsce na tle coraz wyższych, porośniętych świeżo-zielonym lasem wzgórz uwieńczonych połyskująca w słońcu iglicą na Skrzycznem,
To wierzcie mi, drodzy Czytelnicy, że magnetycznej potędze tych cudowności nie oparliby się żadni Gombrowicze, Lemy czy Tuwimy, a co dopiero taki marny żuczek literatury, jak ja. W związku z czym dłużej już nie walczę, rozluźniam uchwyt i pozwalam owej potędze wyrwać mi pióro (metafora) z ręki.
Niech żyją weekendowe wypady (do Szczyrku)!
niedziela, 9 czerwca 2013
Oblicze diabelskie Wsi Anielskiej
A właściwie nie tyle diabelskie co buraczane. Bo jak inaczej nazwać, jak nie burakiem właśnie, kogoś kto wywalił starą wannę w jednym z najpiękniejszych zakątków w okolicy?
I nie tylko wannę. Za nią widać plastikowy, niebieski wór wypełniony śmieciami. A jeszcze więcej badziewia nie zmieściło się w kadrze: wiadra po farbach, połamane krzesła ogrodowe, jakiś pogięty metalowy stelaż, potrzaskany telewizor, rury PCV i ze trzydzieści kolejnych wielkich, wypchanych śmieciami, niebieskich lub czarnych worów.
Wszystko to zalega w niewielkim wąwozie, który biegnie w stronę drogi do gminy. Cichy, porośnięty liściastym lasem parów jest oazą spokoju. Latem świergotają w nim ptaki, a głęboki cień daje wytchnienie od upału. Zimą biegnąca wzdłuż parowu droga nie jest w ogóle odśnieżana, bo za stromo, przez co w wąwozie panuje idealna, aksamitna cisza, zakłócona jedynie skrzypieniem butów na śniegu.
Wąwóz jest osłonięty ze wszystkich stron, więc nikt z daleka nie zauważy auta, które zatrzyma się na zakręcie. Z auta wysmyknie się burak, który rozglądając się nerwowo i czujnie nasłuchując, otworzy bagażnik by jak najszybciej wypróżnić jego potrzaskaną, śmierdzącą zawartość. A potem szybko do auta i wio! - zadowolony wraca do wypieszczonego ogródka.
I nie tylko wannę. Za nią widać plastikowy, niebieski wór wypełniony śmieciami. A jeszcze więcej badziewia nie zmieściło się w kadrze: wiadra po farbach, połamane krzesła ogrodowe, jakiś pogięty metalowy stelaż, potrzaskany telewizor, rury PCV i ze trzydzieści kolejnych wielkich, wypchanych śmieciami, niebieskich lub czarnych worów.
Wszystko to zalega w niewielkim wąwozie, który biegnie w stronę drogi do gminy. Cichy, porośnięty liściastym lasem parów jest oazą spokoju. Latem świergotają w nim ptaki, a głęboki cień daje wytchnienie od upału. Zimą biegnąca wzdłuż parowu droga nie jest w ogóle odśnieżana, bo za stromo, przez co w wąwozie panuje idealna, aksamitna cisza, zakłócona jedynie skrzypieniem butów na śniegu.
Wąwóz jest osłonięty ze wszystkich stron, więc nikt z daleka nie zauważy auta, które zatrzyma się na zakręcie. Z auta wysmyknie się burak, który rozglądając się nerwowo i czujnie nasłuchując, otworzy bagażnik by jak najszybciej wypróżnić jego potrzaskaną, śmierdzącą zawartość. A potem szybko do auta i wio! - zadowolony wraca do wypieszczonego ogródka.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








