Ten poranek zdecydowanie nie udał się dziesięciocentymetrowej dżdżownicy, którą błyskawicznym ruchem dzioba wyciągnął z trawy drozd. Potem jeszcze trochę ją potarmosił i zjadł. A potem ćwierknął coś po drozdowemu i poleciał, wyraźnie zadowolony. Dżdżowniczy dramat rozegrał się półtora metra ode mnie, dziś, wcześnie rano.
Obudziłem się przed resztą rodziny. Wstałem, nastawiłem ekspres i chwilę później z parującym kubkiem w ręku, wciąż w piżamie, usiadłem na tarasie by cieszyć się Idealnym Niedzielnym Porankiem (słońce, rosa, ciepło, cicho). Kilka nieruchomych minut w fotelu i zaczęły zlatywać się ptaki, dla których świeżo skoszony trawnik to zaproszenie na śniadanie. Kosy, drozdy, pliszki, szpaki, a także zięba (jeśli mnie wzrok nie mylił, bo akurat ona usiadła daleko).
Półgodzinną medytację przerwały dzieciaki, które wychynęły z domu i, również w piżamach, rozpoczęły okupację moich kolan.
A potem była wędrówka boso po mokrej trawie, a po niej niespieszne śniadanko ze szczypiorkiem z własnego warzywnika, a teraz siedzę sobie na tarasie z komputerem na kolanach i piszę ten tekst.
I to właśnie dla takich poranków płacę ten cholerny kredyt. Jeszcze dwadzieścia cztery lata...
niedziela, 19 maja 2013
niedziela, 12 maja 2013
Odgłosy wiosny
We Wsi Anielskiej dominują dwa odgłosy wiosny: od świtu do dziewiątej śpiewają ptaki, od dziewiątej do zmroku warczą kosiarki do trawy.
Ptaki śpiewają tak głośno, że aż nas budzą, szczególnie teraz, gdy śpimy przy otwartych oknach. A wyróżniają się kosy, które potrafią naśladować różne odgłosy. Na przykład dzwonek telefonu komórkowego, w związku z czym zdarza nam się pędzić z ogrodu do domu do fałszywego alarmu. To znaczy małżonce się zdarza, bo ja wyciąłem kosom numer: ustawiłem śpiew skowronka jako sygnał. Kos, któremu przyjdzie ochota przedrzeźniać mój telefon, brzmi jak skowronek, w związku z czym natychmiast milknie skonfundowany.
Inna sprawa, że ów sygnał potrafi zmylić i mnie: gdy podchodzę do telefonu po dłuższej pracy w ogrodzie, mam cztery nieodebrane połączenia.
Kosiarki natomiast brzmią jak wiertła dentystyczne. Zwłaszcza kosy spalinowe. Wczoraj po dłuższej przerwie zjawił się sąsiad, który się jeszcze nie wybudował. Przyjeżdża z rodziną w co drugi - trzeci weekend i, gdy już wypakuje rodzinę, stoliki, krzesełka i grill, natychmiast wyciąga z blaszanego garażu kosę by skrócić półmetrowej wysokości zielony dywan. Pretensji nie mam, wiadomo, trawę skosić trzeba, ale dwugodzinny wizg tuż za płotem może doprowadzić do szaleństwa...
Wczoraj do kosy sąsiada zza płotu dołączyły dwie kosiarki spalinowe dalszych sąsiadów. Hałas jak w fabryce. Jedynym sposobem by nie oszaleć, było uruchomienie własnej kosiarki. Fakt, że trzy dni wcześniej skosiłem cały trawnik, nie ma znaczenia. Wiosenna trawa rośnie w oczach, a jeszcze szybciej rosną mlecze, które są przekonane, że żółty ogród jest piękniejszy od zielonego. Moja walka z mleczami jest równie skuteczna co z kretami. Ile bym ich nie ściął, zawsze jest ich pełno:
Ptaki śpiewają tak głośno, że aż nas budzą, szczególnie teraz, gdy śpimy przy otwartych oknach. A wyróżniają się kosy, które potrafią naśladować różne odgłosy. Na przykład dzwonek telefonu komórkowego, w związku z czym zdarza nam się pędzić z ogrodu do domu do fałszywego alarmu. To znaczy małżonce się zdarza, bo ja wyciąłem kosom numer: ustawiłem śpiew skowronka jako sygnał. Kos, któremu przyjdzie ochota przedrzeźniać mój telefon, brzmi jak skowronek, w związku z czym natychmiast milknie skonfundowany.
Inna sprawa, że ów sygnał potrafi zmylić i mnie: gdy podchodzę do telefonu po dłuższej pracy w ogrodzie, mam cztery nieodebrane połączenia.
Kosiarki natomiast brzmią jak wiertła dentystyczne. Zwłaszcza kosy spalinowe. Wczoraj po dłuższej przerwie zjawił się sąsiad, który się jeszcze nie wybudował. Przyjeżdża z rodziną w co drugi - trzeci weekend i, gdy już wypakuje rodzinę, stoliki, krzesełka i grill, natychmiast wyciąga z blaszanego garażu kosę by skrócić półmetrowej wysokości zielony dywan. Pretensji nie mam, wiadomo, trawę skosić trzeba, ale dwugodzinny wizg tuż za płotem może doprowadzić do szaleństwa...
Wczoraj do kosy sąsiada zza płotu dołączyły dwie kosiarki spalinowe dalszych sąsiadów. Hałas jak w fabryce. Jedynym sposobem by nie oszaleć, było uruchomienie własnej kosiarki. Fakt, że trzy dni wcześniej skosiłem cały trawnik, nie ma znaczenia. Wiosenna trawa rośnie w oczach, a jeszcze szybciej rosną mlecze, które są przekonane, że żółty ogród jest piękniejszy od zielonego. Moja walka z mleczami jest równie skuteczna co z kretami. Ile bym ich nie ściął, zawsze jest ich pełno:
Tu chciałem wstawić zdjęcie pełnego mleczy trawnika dzień po koszeniu, ale komputer się znarowił i odmówił współpracy. Nie, to nie, nie będę się kopał z koniem.
Miłej niedzieli!
niedziela, 5 maja 2013
Pierdółki, ale jak cieszą!
Drodzy Czytelnicy,
Temat rozkwitających grusz, czereśni, jarzębin i dereni (dereniów?) nie jest jakoś szczególnie wciągający. Pierdółki i tyle... Dlatego nie będę miał pretensji, jeśli ten rozdział po prostu opuścicie. Ale ja, wróciwszy z Wielkiej Majówki, chodzę po ogrodzie i nie mogę nacieszyć oczu widokiem rozbudzonych po zimie drzew i krzewów. Zatem z radością donoszę:
Po pierwsze: wszystkie nasze drzewa i krzewy przetrwały zimę. Nawet to coś, co posadziłem w zeszłym roku, żeby się pięło po pergoli. Zimowy wicher zerwał z niego otulinę, o czym przekonaliśmy się dopiero gdy śnieg stopniał i to coś odsłonił. To coś, to takie wijące się pnącze z łodygą grubości niecałego milimetra. Wygląda to to, jakby w każdej chwili miało uschnąć, a jednak się wije. Jak się to coś nazywa, wie małżonka, której aktualnie nie ma, więc nie mogę spytać.
Po drugie: po raz pierwszy zakwitły grusze! Posadziliśmy je chyba pięć lat temu - tyle czasu potrzebowały, żeby się zadomowić.
Po trzecie: zakwitła też jedna z dwóch jarzębin, dzięki czemu zimą odwiedzające nas ptaki będą wreszcie miały wybór: słonecznik z karmnika lub owoce jarzębiny. Zapewne wybiorą jedno i drugie. Druga jarzębina ograniczyła się do świeżych liści. Może za rok...?
Po czwarte: zakwitł również dereń, dzięki czemu można o nim powiedzieć coś więcej, niż tylko: o dereń!
Po piąte: przyjęły się oba drzewa podarowane przez naszych przyjaciół późną jesienią zeszłego roku: buk oraz dąb. Posadziłem je tuż przed nadejściem mrozów. Ten pierwszy przystroił się w zdumiewającą ilość świeżych, jasnozielonych listków. Ten drugi okazał się jaworem, co nie przeszkadza mi w najmniejszym stopniu. Jawory też piękne drzewa.
Po szóste: żarnowiec ocalał. Jeden z dwóch, drugi nie przetrwał kreciej roboty: gdy w zeszłym roku pociągnąłem za uschnięte resztki, wywróciłem się na plecy z korzeniem w dłoni, tak go krety obgryzły...
Po siódme: mrozy przetrwała też róża pnąca, po raz pierwszy bez ubranka na zimę.
Po ósme: najmniejszych problemów z przetrwaniem zimy nie miały mlecze, które właśnie kropkują na żółto świeżą zieleń trawnika. Wygląda to przepięknie, ale jutro bez litości utnę im głowy kosiarką. Uciąłbym już dziś, ale niedziela... A poza tym trawa musi wyschnąć.
Po dziewiąte: cebula, którą posadziliśmy tuż przed Wielką Majówką, już wypuściła łodygi. Po półtora tygodnia!
Po dziesiąte: mógłbym tak wymieniać, wymieniać, wymieniać... Myślę jednak, że należałoby już okazać litość tym Czytelnikom, którzy zdołali dotrzeć aż tutaj. Byliście bardzo dzielni. Do zobaczenia za tydzień.
Temat rozkwitających grusz, czereśni, jarzębin i dereni (dereniów?) nie jest jakoś szczególnie wciągający. Pierdółki i tyle... Dlatego nie będę miał pretensji, jeśli ten rozdział po prostu opuścicie. Ale ja, wróciwszy z Wielkiej Majówki, chodzę po ogrodzie i nie mogę nacieszyć oczu widokiem rozbudzonych po zimie drzew i krzewów. Zatem z radością donoszę:
Po pierwsze: wszystkie nasze drzewa i krzewy przetrwały zimę. Nawet to coś, co posadziłem w zeszłym roku, żeby się pięło po pergoli. Zimowy wicher zerwał z niego otulinę, o czym przekonaliśmy się dopiero gdy śnieg stopniał i to coś odsłonił. To coś, to takie wijące się pnącze z łodygą grubości niecałego milimetra. Wygląda to to, jakby w każdej chwili miało uschnąć, a jednak się wije. Jak się to coś nazywa, wie małżonka, której aktualnie nie ma, więc nie mogę spytać.
Po drugie: po raz pierwszy zakwitły grusze! Posadziliśmy je chyba pięć lat temu - tyle czasu potrzebowały, żeby się zadomowić.
Po trzecie: zakwitła też jedna z dwóch jarzębin, dzięki czemu zimą odwiedzające nas ptaki będą wreszcie miały wybór: słonecznik z karmnika lub owoce jarzębiny. Zapewne wybiorą jedno i drugie. Druga jarzębina ograniczyła się do świeżych liści. Może za rok...?
Po czwarte: zakwitł również dereń, dzięki czemu można o nim powiedzieć coś więcej, niż tylko: o dereń!
Po piąte: przyjęły się oba drzewa podarowane przez naszych przyjaciół późną jesienią zeszłego roku: buk oraz dąb. Posadziłem je tuż przed nadejściem mrozów. Ten pierwszy przystroił się w zdumiewającą ilość świeżych, jasnozielonych listków. Ten drugi okazał się jaworem, co nie przeszkadza mi w najmniejszym stopniu. Jawory też piękne drzewa.
Po szóste: żarnowiec ocalał. Jeden z dwóch, drugi nie przetrwał kreciej roboty: gdy w zeszłym roku pociągnąłem za uschnięte resztki, wywróciłem się na plecy z korzeniem w dłoni, tak go krety obgryzły...
Po siódme: mrozy przetrwała też róża pnąca, po raz pierwszy bez ubranka na zimę.
Po ósme: najmniejszych problemów z przetrwaniem zimy nie miały mlecze, które właśnie kropkują na żółto świeżą zieleń trawnika. Wygląda to przepięknie, ale jutro bez litości utnę im głowy kosiarką. Uciąłbym już dziś, ale niedziela... A poza tym trawa musi wyschnąć.
Po dziewiąte: cebula, którą posadziliśmy tuż przed Wielką Majówką, już wypuściła łodygi. Po półtora tygodnia!
Po dziesiąte: mógłbym tak wymieniać, wymieniać, wymieniać... Myślę jednak, że należałoby już okazać litość tym Czytelnikom, którzy zdołali dotrzeć aż tutaj. Byliście bardzo dzielni. Do zobaczenia za tydzień.
niedziela, 28 kwietnia 2013
Wielka Majówka
Kiedy miasto wybiera się na wielką majówkę, wstaje, powiedzmy, o ósmej, niespieszne je śniadanko, pakuje bambetle i w drogę!
Gdy Wieś Anielska wybiera się na wielką majówkę, wstaje o czwartej czterdzieści jeden i najpierw przez dwie i pół godziny pieli grządki, bo nie zdążyła zrobić tego wcześniej. Następnie siada na krześle i przez pięć minut zdycha ze zmęczenia. Następnie bierze prysznic. Następnie je śniadanie starając się zachować spokój, choć jest już trochę spóźniona przez te cholerne grządki.
Bo gdyby ich Wieś Anielska nie wypieliła, to po powrocie (za pięć dni) na grządkach zamiast szczypiorku i rzodkiewek kłębiłaby się dżungla perzu, mleczów, babki zwyczajnej i co tam się jeszcze wije nieproszone... Wieś Anielska nie zdążyła zrobić tego wcześniej, bo za dnia pracuje, a popołudniami czas trzeba podzielić między grządki a spragnione naszego towarzystwa potomstwo. Potomstwo jest jeszcze zbyt małe, żeby zagnać je do pielenia.
...
Kiedy miasto wyjeżdża na wielką majówkę, za cel obiera sobie wieś.
Kiedy Wieś Anielska wyjeżdża na wielką majówkę, za cel obiera sobie miasto. Bo co będzie wylegiwać się na trawie, spacerować na łące, przypiekać kiełbaski nad ogniskiem, skoro ma to na co dzień? Wieś Anielska za dnia będzie odwiedzać muzea i galerie (sztuki, nie handlu), a wieczorami ruszy na pielgrzymkę po knajpach (najpierw prosto, potem coraz bardziej rozchwianym wężykiem :):):).
A po powrocie miasto, po rozpakowaniu bambetli i uruchomieniu pralki, opadnie na kanapę, a Wieś Anielska, po rozpakowaniu bambetli i uruchomieniu pralki, ujmie w dłonie haczkę, bo przez pięć dni grządki zdążyły zarosnąć perzem, mleczami, babką zwyczajną i resztą nieproszonego towarzystwa.
...
I miasto i Wieś Anielska podskakuje z ekscytacji przed wyprawą.
Wszystkim nam życzę WSPANIAŁEJ WIELKIEJ MAJÓWKI!!!
Gdy Wieś Anielska wybiera się na wielką majówkę, wstaje o czwartej czterdzieści jeden i najpierw przez dwie i pół godziny pieli grządki, bo nie zdążyła zrobić tego wcześniej. Następnie siada na krześle i przez pięć minut zdycha ze zmęczenia. Następnie bierze prysznic. Następnie je śniadanie starając się zachować spokój, choć jest już trochę spóźniona przez te cholerne grządki.
Bo gdyby ich Wieś Anielska nie wypieliła, to po powrocie (za pięć dni) na grządkach zamiast szczypiorku i rzodkiewek kłębiłaby się dżungla perzu, mleczów, babki zwyczajnej i co tam się jeszcze wije nieproszone... Wieś Anielska nie zdążyła zrobić tego wcześniej, bo za dnia pracuje, a popołudniami czas trzeba podzielić między grządki a spragnione naszego towarzystwa potomstwo. Potomstwo jest jeszcze zbyt małe, żeby zagnać je do pielenia.
...
Kiedy miasto wyjeżdża na wielką majówkę, za cel obiera sobie wieś.
Kiedy Wieś Anielska wyjeżdża na wielką majówkę, za cel obiera sobie miasto. Bo co będzie wylegiwać się na trawie, spacerować na łące, przypiekać kiełbaski nad ogniskiem, skoro ma to na co dzień? Wieś Anielska za dnia będzie odwiedzać muzea i galerie (sztuki, nie handlu), a wieczorami ruszy na pielgrzymkę po knajpach (najpierw prosto, potem coraz bardziej rozchwianym wężykiem :):):).
A po powrocie miasto, po rozpakowaniu bambetli i uruchomieniu pralki, opadnie na kanapę, a Wieś Anielska, po rozpakowaniu bambetli i uruchomieniu pralki, ujmie w dłonie haczkę, bo przez pięć dni grządki zdążyły zarosnąć perzem, mleczami, babką zwyczajną i resztą nieproszonego towarzystwa.
...
I miasto i Wieś Anielska podskakuje z ekscytacji przed wyprawą.
Wszystkim nam życzę WSPANIAŁEJ WIELKIEJ MAJÓWKI!!!
niedziela, 21 kwietnia 2013
Brama wjazdowa
Przez całą zimę brama wjazdowa na nasze podwórko pozostawała otwarta. Oficjalną przyczyną jej niezamykania był śnieg, którego napadało tyle, że nie sposób było ją ruszyć. Ale tak naprawdę śnieg to tylko wymówka, bo oczywiście łatwo dałoby się go szypą odwalić.
Prawdziwa przyczyna niezamykania bramy to wygoda: otwartej bramy nie trzeba otwierać i zamykać za każdym razem, gdy jedziemy gdzieś autem. A nawet dwa razy: raz - przy wyjeździe, dwa - przy powrocie. A bywa i tak, że wyjeżdża się i wraca dwa razy dziennie, albo i trzy... Rozumiecie więc, że brama otwarta na oścież jest zdecydowanie wygodniejsza.
I tu natychmiast rodzi się pytanie: po co w ogóle stawiać bramę? No właśnie, po co? Żeby ochronić posesję? Jeśli się złodziej uprze, to brama go nie powstrzyma. Jakiś czas temu pisałem o niedalekim domu, z którego złodzieje w biały dzień wywieźli wszystko, łącznie z meblami. Sąsiedzi byli przekonani, że to przeprowadzka. Brama? Jaka brama!? A gdy kilka lat temu rozwaliłem samochód i postawiłem wrak na podwórku, to złodzieje gwizdnęli alufelgi i zamknięta brama też ich jakoś nie powstrzymała.
A więc może brama jest po to, żeby się obcy ludzie po podwórku nie kręcili? I tak się nie kręcą, nawet gdy brama jest otwarta. Jeśli ktoś do nas zachodzi, to zawsze w jakimś celu, a nie po to by sobie po podwórku pospacerować.
Może więc chodzi o obce zwierzęta? Tu brama rzeczywiście ma pewne uzasadnienie. Zamknięta powstrzyma obce psy przed, pardon mesdames et messieurs, sraniem na mój trawnik. Ale tylko te większe. Bo dziesięciocentymetrowy prześwit pod bramą wystarczy, by większość wiejskich kundli odwiedzała nas bez przeszkód. Fakt, że jednak nas nie odwiedza, zawdzięczamy własnemu psu, sporej wielkości owczarkowi po-niemieckiemu (prawie wilczur) który biega po obejściu luzem. Ale np. kury sąsiada się nim zupełnie nie przejmują i, jeśli tylko mają ochotę, przemierzają nasze podwórko w poszukiwaniu smakołyków w te i we wte. Ów prześwit zniknie, gdy na podjeździe pojawi się kostka brukowa, ale to pieśń przyszłości.
Kretów brama też jakoś nie zatrzymuje...
A więc do czego tak naprawdę służy nam brama (i cały płot)? Dlaczego wydajemy grube dziesiątki tysięcy złotych (90zł za metr bieżący siatki, gdy kilka lat temu stawiałem ogrodzenie), żeby odciąć się od świata, chociaż nawet najgrubszy mur nie zapewni nam stuprocentowego bezpieczeństwa, ani komfortu? Otóż moim zdaniem brama i płot służą wyłącznie podkreśleniu naszej własności. Pokazują: TO MOJE. Odtąd dotąd - MOJE i wara światu od tego. A im okazalszy płot, im bardziej kamienno-żeliwna, wymyślnie powyginana brama, tym bardziej jej właściciel mówi: patrzajta ludzie, jakim gospodarz! Patrzajta!
A ludzie patrzą (i złodzieje też patrzą).
Jeśli kiedyś będziecie jechać przez Wieś Anielską, zwróćcie uwagę, że zdecydowana większość bram, i tych skromnych, i tych wystawnych, przez cały czas stoi otworem. Bo komu by się chciało bez przerwy ją otwierać i zamykać, otwierać i zamykać, otwierać i zamykać...
Prawdziwa przyczyna niezamykania bramy to wygoda: otwartej bramy nie trzeba otwierać i zamykać za każdym razem, gdy jedziemy gdzieś autem. A nawet dwa razy: raz - przy wyjeździe, dwa - przy powrocie. A bywa i tak, że wyjeżdża się i wraca dwa razy dziennie, albo i trzy... Rozumiecie więc, że brama otwarta na oścież jest zdecydowanie wygodniejsza.
I tu natychmiast rodzi się pytanie: po co w ogóle stawiać bramę? No właśnie, po co? Żeby ochronić posesję? Jeśli się złodziej uprze, to brama go nie powstrzyma. Jakiś czas temu pisałem o niedalekim domu, z którego złodzieje w biały dzień wywieźli wszystko, łącznie z meblami. Sąsiedzi byli przekonani, że to przeprowadzka. Brama? Jaka brama!? A gdy kilka lat temu rozwaliłem samochód i postawiłem wrak na podwórku, to złodzieje gwizdnęli alufelgi i zamknięta brama też ich jakoś nie powstrzymała.
A więc może brama jest po to, żeby się obcy ludzie po podwórku nie kręcili? I tak się nie kręcą, nawet gdy brama jest otwarta. Jeśli ktoś do nas zachodzi, to zawsze w jakimś celu, a nie po to by sobie po podwórku pospacerować.
Może więc chodzi o obce zwierzęta? Tu brama rzeczywiście ma pewne uzasadnienie. Zamknięta powstrzyma obce psy przed, pardon mesdames et messieurs, sraniem na mój trawnik. Ale tylko te większe. Bo dziesięciocentymetrowy prześwit pod bramą wystarczy, by większość wiejskich kundli odwiedzała nas bez przeszkód. Fakt, że jednak nas nie odwiedza, zawdzięczamy własnemu psu, sporej wielkości owczarkowi po-niemieckiemu (prawie wilczur) który biega po obejściu luzem. Ale np. kury sąsiada się nim zupełnie nie przejmują i, jeśli tylko mają ochotę, przemierzają nasze podwórko w poszukiwaniu smakołyków w te i we wte. Ów prześwit zniknie, gdy na podjeździe pojawi się kostka brukowa, ale to pieśń przyszłości.
Kretów brama też jakoś nie zatrzymuje...
A więc do czego tak naprawdę służy nam brama (i cały płot)? Dlaczego wydajemy grube dziesiątki tysięcy złotych (90zł za metr bieżący siatki, gdy kilka lat temu stawiałem ogrodzenie), żeby odciąć się od świata, chociaż nawet najgrubszy mur nie zapewni nam stuprocentowego bezpieczeństwa, ani komfortu? Otóż moim zdaniem brama i płot służą wyłącznie podkreśleniu naszej własności. Pokazują: TO MOJE. Odtąd dotąd - MOJE i wara światu od tego. A im okazalszy płot, im bardziej kamienno-żeliwna, wymyślnie powyginana brama, tym bardziej jej właściciel mówi: patrzajta ludzie, jakim gospodarz! Patrzajta!
A ludzie patrzą (i złodzieje też patrzą).
Jeśli kiedyś będziecie jechać przez Wieś Anielską, zwróćcie uwagę, że zdecydowana większość bram, i tych skromnych, i tych wystawnych, przez cały czas stoi otworem. Bo komu by się chciało bez przerwy ją otwierać i zamykać, otwierać i zamykać, otwierać i zamykać...
niedziela, 14 kwietnia 2013
Strumień
Po wiosennych roztopach droga do mojej posesji wygląda tak:
A nie mówiłem?
- Jak dojedziesz do domu, to zaparkuj u sąsiadów. - głos mojej mamy w telefonie zdradza mieszankę rozbawienia z lekkim przerażeniem.
Dojeżdżam, skręcam do sąsiadów, moja mama już brodzi w strumieniu z gumofilcami w dłoniach. Bez nich nie dostałbym się na własne podwórko.
Następnego ranka sytuacja powtarza się w odwrotnej kolejności: zakładam gumofilce i z półbutami w dłoniach brodzę przez strumień, w który zamieniła się droga. Wsiadam do auta, zmieniam buty, gumofilce lądują z tyłu na podłodze - przydadzą się po południu.
A wszystko przez to, że droga do mojej posesji biegnie pomiędzy dwoma lekko pochyłymi w jej kierunku polami. W czasie wiosennych roztopów lub gdy mocno pada, droga zmienia się w rynnę. Jedyne rozwiązanie - solidna jej przebudowa. Temat rzeka...
Dzisiaj w remizie zwołano wiejskie zebranie, podobno również w sprawie drogi. Co dalej - o tym mam nadzieję napisać za tydzień.
A nie mówiłem?
- Jak dojedziesz do domu, to zaparkuj u sąsiadów. - głos mojej mamy w telefonie zdradza mieszankę rozbawienia z lekkim przerażeniem.
Dojeżdżam, skręcam do sąsiadów, moja mama już brodzi w strumieniu z gumofilcami w dłoniach. Bez nich nie dostałbym się na własne podwórko.
Następnego ranka sytuacja powtarza się w odwrotnej kolejności: zakładam gumofilce i z półbutami w dłoniach brodzę przez strumień, w który zamieniła się droga. Wsiadam do auta, zmieniam buty, gumofilce lądują z tyłu na podłodze - przydadzą się po południu.
A wszystko przez to, że droga do mojej posesji biegnie pomiędzy dwoma lekko pochyłymi w jej kierunku polami. W czasie wiosennych roztopów lub gdy mocno pada, droga zmienia się w rynnę. Jedyne rozwiązanie - solidna jej przebudowa. Temat rzeka...
Dzisiaj w remizie zwołano wiejskie zebranie, podobno również w sprawie drogi. Co dalej - o tym mam nadzieję napisać za tydzień.
niedziela, 7 kwietnia 2013
Impresja
Wjeżdżam na parking przed naszym ulubionym wiejskim sklepem. W tym samym momencie zajeżdżają jeszcze dwa auta. Parkujemy, wysiadamy, trzaskamy drzwiami. Nikt nie zamyka samochodu na klucz.
Niektóre parkujące samochody mają uchylone okna, w jednym czy dwóch gra radio. Przechodząc obok jakiejś skody, przez szybę widzę na tylnym siedzeniu siaty z zakupami. Grzybki blokujące drzwi - podniesione.
Zajeżdża kolejne auto: nowe, drogie. Właściciel wysiada, naciska guzik pilota, błyskają migacze. Człowiek idzie w kierunku sklepu, nagle przystaje, wraca się, otwiera auto i wyciąga torby na zakupy, których zapomniał. Klepie się po kieszeniach w poszukiwaniu kluczyka, macha ręką, idzie na zakupy. Auto stoi otwarte.
Lubię mieszkać na wsi...
Niektóre parkujące samochody mają uchylone okna, w jednym czy dwóch gra radio. Przechodząc obok jakiejś skody, przez szybę widzę na tylnym siedzeniu siaty z zakupami. Grzybki blokujące drzwi - podniesione.
Zajeżdża kolejne auto: nowe, drogie. Właściciel wysiada, naciska guzik pilota, błyskają migacze. Człowiek idzie w kierunku sklepu, nagle przystaje, wraca się, otwiera auto i wyciąga torby na zakupy, których zapomniał. Klepie się po kieszeniach w poszukiwaniu kluczyka, macha ręką, idzie na zakupy. Auto stoi otwarte.
Lubię mieszkać na wsi...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
