Zupełnie nic.
Bezruch.
Cisza.
Patrzę przez okno. Nieruchome, przykryte śniegiem drzewa, krzewy i krzaki. Ciekawe, jaka jest różnica między krzewem a krzakiem... Może taka, że krzewy się pielęgnuje, a krzaki po prostu sobie rosną?
Nie widać żadnych saren ani zajęcy. Często widzimy je gdy jedziemy do pracy samochodem lub w czasie spaceru. Od dłuższego czasu nie ma ani jednej sztuki.
Nie widać wiejskich kundli, które jeszcze niedawno całym stadem koczowały przy sąsiedniej bramie w nadziei na szybki numerek z zakochaną suczką.
Nie widać ludzi. Życie towarzyskie na Dołkach ogranicza się do nielicznych machnięć ręką do przejeżdżających autami sąsiadów. Ruch zmalał do kilku samochodów dziennie.
Na polach kompletna pustka. Ani widu gospodarza, który trąc podbródek zastanawiałby się czym je w tym roku obsiać.
Na drutach przycupnęło stado dzierlatek. Jest ich chyba ze dwieście. Wszystkie siedzą osowiałe i rozglądają się, jak ja, w poszukiwaniu jakiegoś ruchu.
Nawet wiatr zwinął się w kłębek w krzakach za stodołą i drzemie.
Czeka na wiosnę, jak wszyscy.
niedziela, 17 lutego 2013
niedziela, 10 lutego 2013
Jajko mądrzejsze od kury
A właściwie nie jajko, ale żarówka. Energooszczędna żarówka z IKEA, którą kupiłem kilka dni temu. Żarówka wygląda tak:
Proszę zwrócić uwagę na charakterystyczną, ciemnoczerwoną kropę umieszczoną na korpusie żarówki. Ja, kupując, uwagi nie zwróciłem, no i mam za swoje. Po części winą obarczam małżonkę, która, zniecierpliwiona moimi przedłużającymi się studiami każdego modelu, krzyknęła najgłośniejszym z szeptów:
- No jak długo można wybierać żarówkę!?
Chwyciłem więc pospiesznie tę, która wydawała mi się najbardziej odpowiednia, po czym poszliśmy oglądać doniczki...
W domu wkręciłem żarówkę w lampę i włączyłem prąd. Nic. Ciemno. Jasny gwint, kupiłem uszkodzoną... Nagle żarówka rozbłysła, po czym zaczęła migać w tempie: sekunda - świeci, sekunda - nie świeci. Po kilku cyklach zaświeciła na dobre. Stojący pod lampą słup soli powoli zaczął wracać do postaci piszącego te słowa. I w tym momencie żarówka zgasła na dobre.
Winna okazała się kropa, która tak naprawdę jest fotokomórką. Żarówkę wyposażono (czego dowiedziałem się, a właściwie domyśliłem z serii niewielkich ikonek na opakowaniu) w układ elektroniczny, który pozwala włączyć ją do prądu na stałe, a żarówka sama będzie decydowała kiedy się włączyć. Sęk w tym, że u mnie nie zadziałało. To znaczy gdy żarówka się włączyła, to kropa uznała, że jest jasno, więc wyłączyła żarówkę. Gdy zapadła ciemność - kropa żarówkę włączyła. A po kilku takich przepychankach, uznała, że ktoś jaja sobie z niej robi i wyłączyła żarówkę na dobre.
Wymyśliłem dwa rozwiązania węzła gordyjskiego: albo zwrócić żarówkę do sklepu, albo zakleić kropę czarną taśmą izolacyjną, żeby jej się wydawało, że wciąż jest ciemno. Dzięki temu to JA decyduję, kiedy żarówka ma świecić. Wrodzone lenistwo połączone z notorycznym brakiem czasu skłoniło mnie do wybrania drugiej opcji.
p.s.
Ta historia oczywiście nie ma nic wspólnego z mieszkaniem na Wsi Anielskiej, ale nie mogłem się powstrzymać...
p.s. 2
Niedawno dostałem służbowy telefon - smartfon najnowszej generacji. Jemu też się wydaje, że jest mądrzejszy od kury: upiera się, że wie lepiej ode mnie, co chcę napisać w SMS-ie. Ja zwariuję...
Proszę zwrócić uwagę na charakterystyczną, ciemnoczerwoną kropę umieszczoną na korpusie żarówki. Ja, kupując, uwagi nie zwróciłem, no i mam za swoje. Po części winą obarczam małżonkę, która, zniecierpliwiona moimi przedłużającymi się studiami każdego modelu, krzyknęła najgłośniejszym z szeptów:
- No jak długo można wybierać żarówkę!?
Chwyciłem więc pospiesznie tę, która wydawała mi się najbardziej odpowiednia, po czym poszliśmy oglądać doniczki...
W domu wkręciłem żarówkę w lampę i włączyłem prąd. Nic. Ciemno. Jasny gwint, kupiłem uszkodzoną... Nagle żarówka rozbłysła, po czym zaczęła migać w tempie: sekunda - świeci, sekunda - nie świeci. Po kilku cyklach zaświeciła na dobre. Stojący pod lampą słup soli powoli zaczął wracać do postaci piszącego te słowa. I w tym momencie żarówka zgasła na dobre.
Winna okazała się kropa, która tak naprawdę jest fotokomórką. Żarówkę wyposażono (czego dowiedziałem się, a właściwie domyśliłem z serii niewielkich ikonek na opakowaniu) w układ elektroniczny, który pozwala włączyć ją do prądu na stałe, a żarówka sama będzie decydowała kiedy się włączyć. Sęk w tym, że u mnie nie zadziałało. To znaczy gdy żarówka się włączyła, to kropa uznała, że jest jasno, więc wyłączyła żarówkę. Gdy zapadła ciemność - kropa żarówkę włączyła. A po kilku takich przepychankach, uznała, że ktoś jaja sobie z niej robi i wyłączyła żarówkę na dobre.
Wymyśliłem dwa rozwiązania węzła gordyjskiego: albo zwrócić żarówkę do sklepu, albo zakleić kropę czarną taśmą izolacyjną, żeby jej się wydawało, że wciąż jest ciemno. Dzięki temu to JA decyduję, kiedy żarówka ma świecić. Wrodzone lenistwo połączone z notorycznym brakiem czasu skłoniło mnie do wybrania drugiej opcji.
p.s.
Ta historia oczywiście nie ma nic wspólnego z mieszkaniem na Wsi Anielskiej, ale nie mogłem się powstrzymać...
p.s. 2
Niedawno dostałem służbowy telefon - smartfon najnowszej generacji. Jemu też się wydaje, że jest mądrzejszy od kury: upiera się, że wie lepiej ode mnie, co chcę napisać w SMS-ie. Ja zwariuję...
niedziela, 3 lutego 2013
Obsesja
"On ma chyba jakąś obsesję..." - zapewne pomyślą czytelnicy odkrywszy, że ten rozdział znów poświęciłem kretom. A ja przyznam im rację. Owszem, narasta we mnie obsesja. Ale uprzejmie proszę o obiektywne rozważenie mojego przypadku. Wysoki sadzie, obsesja nie zrodziła się bez powodu, ona narasta z każdą kolejną wczesną wiosną, gdy odwilż odsłania ogród w takim oto stanie:
Na zdjęciu widać dwadzieścia cztery kopce. Ich liczbę należy pomnożyć co najmniej przez dziesięć. A przecież jeszcze nie ma mowy o wczesnej wiośnie! To dopiero początek lutego, w którym zima postanowiła wyjechać na kilkudniowe ferie. Usunięcie ponad dwustu kopców zajęło mi wczoraj ponad półtorej godziny, co daje imponującą średnią pół minuty na kopiec.
Początkowo, ku mojemu najszczerszemu zdumieniu, praca sprawiała mi frajdę: monotonne ruchy łopatką szybko wprawiły mnie w stan bez-myślenia. Uzbrojone w łopatę ręce automatycznie nabierały grudę za grudą i wrzucały je do taczek, a umysł wrzucił jałowy bieg i terkotał na wolnych obrotach. W pewnej chwili upaprana błotem ręka brutalnie nim potrząsnęła: Heeeej! Boli!
Ręka bolała od łopaty (o matko, jak bardzo...), plecy od zginania się, a najbardziej bolały pachwiny od półtoragodzinnego kucania. Umysł natomiast przeciągle jęknął na widok jednej trzeciej ogrodu wciąż ozdobionej krecimi pryszczami.
Reszta niech będzie milczeniem.
p.s.
Z odwilży najbardziej ucieszyła się brzoza, która zrzuciła lodowy ciężar i z westchnieniem ulgi wróciła do pionu:
Ciekawe, czy brzozy też mają zakwasy...
Na zdjęciu widać dwadzieścia cztery kopce. Ich liczbę należy pomnożyć co najmniej przez dziesięć. A przecież jeszcze nie ma mowy o wczesnej wiośnie! To dopiero początek lutego, w którym zima postanowiła wyjechać na kilkudniowe ferie. Usunięcie ponad dwustu kopców zajęło mi wczoraj ponad półtorej godziny, co daje imponującą średnią pół minuty na kopiec.
Początkowo, ku mojemu najszczerszemu zdumieniu, praca sprawiała mi frajdę: monotonne ruchy łopatką szybko wprawiły mnie w stan bez-myślenia. Uzbrojone w łopatę ręce automatycznie nabierały grudę za grudą i wrzucały je do taczek, a umysł wrzucił jałowy bieg i terkotał na wolnych obrotach. W pewnej chwili upaprana błotem ręka brutalnie nim potrząsnęła: Heeeej! Boli!
Ręka bolała od łopaty (o matko, jak bardzo...), plecy od zginania się, a najbardziej bolały pachwiny od półtoragodzinnego kucania. Umysł natomiast przeciągle jęknął na widok jednej trzeciej ogrodu wciąż ozdobionej krecimi pryszczami.
Reszta niech będzie milczeniem.
p.s.
Z odwilży najbardziej ucieszyła się brzoza, która zrzuciła lodowy ciężar i z westchnieniem ulgi wróciła do pionu:
Ciekawe, czy brzozy też mają zakwasy...
niedziela, 27 stycznia 2013
Odśnieżanie dróg
Odśnieżanie dróg w naszej gminie działa bez zarzutu. Choć pod pewnym względem znacznie się pogorszyło.
We wsi anielskiej panuje mikroklimat. Jak pisałem już kiedyś tutaj, mieszkamy na terenie górzystym, na którym zimy są dłuższe, mroźniejsze i o wiele bardziej śnieżne niż w położonym o dwadzieścia pięć kilometrów dalej i sto metrów niżej Krakowie. Gdy opuszczałem miasto by zamieszkać "za siódmą górą, za siódmą rzeką", najbardziej obawiałem się dojazdów do pracy. Obawę potęgowały opowieści starych mieszkańców.
- Panie, kiedyś to tu były zimy. Ino koniem się dojeżdżało. A koń jak szedł, to śniegu miał po szyję. A raz to odcięło nas na tydzień!
Te słowa słyszałem od kilku osób niezależnie za każdym razem, gdy wyrażałem wątpliwość, czy zdołam dojechać do gościńca.
Tymczasem mieszkając tu już siódmą zimę, ani razu nie miałem kłopotów z dojazdem do pracy. Albo inaczej, ani razu nie miałem kłopotu z przejechaniem pięciu kilometrów od mojego domu do gościńca. Bo droga krajowa nr 94 to już inna historia. Owszem, pługi jeżdżą regularnie, ale gdy mocno sypie, to obciążone ponad normę TIR-y nie są w stanie podjechać pod górki i blokują całą trasę.
Jedynie pierwszej zimy musiałem przyzwyczaić drogowców do swojej obecności. Ponieważ do pracy wstawałem wtedy skoro świt, wykonałem telefon do pana K., właściciela pługopiaskarki.
- Dzień dobry, chciałem powiedzieć, że ja mieszkam na Dołkach i muszę wyjechać do pracy o piątej rano, więc może by pan przejechał pługiem koło mnie, bo sypie jak cholera. Wie pan, bo to nowa chałupa i jeszcze pan koło mnie nie odsypywał.
- Dobra, zrobi się.
I się zrobiło. I to z jakim fasonem. Dzwoni budzik, odklejam powieki i... zamieram ze zdumienia. Cała sypialnia migocze jaskrawopomarańczową, dyskotekową poświatą. Co jest, do cholery!?
Pługopiaskarka pana K. właśnie przejechała koło domu zalewając pogrążoną w zimowym śnie okolicę ostrzegawczym światłem koguta z dachu szoferki.
Krótko mówiąc wszelkie moje obawy okazały się płonne: owszem, śniegu u nas nie brakuje, ale służby drogowe działają jak trzeba. Z jednym małym wyjątkiem... Jakoś tak ze dwie zimy temu zmieniły substancję, którą sypią na drogi. Wcześniej sypały zwykłym piaskiem, teraz używają jakiejś paskudnej mieszanki soli ze spieczonym żużlem, przez co śnieg na drodze zmienia się w obrzydliwą, burą pacię. Jej ohydę podkreśla nieskalana śnieżna biel pól rozciągających się po obu stronach drogi. Oficjalnie nie narzekam - wszyscy chcemy jeździć bezpiecznie. Po cichu z dezaprobatą kręcę głową...
p.s.
Nie tylko ja wypatruję wiosny. Brzózka w moim ogrodzie również nie może się jej doczekać.
We wsi anielskiej panuje mikroklimat. Jak pisałem już kiedyś tutaj, mieszkamy na terenie górzystym, na którym zimy są dłuższe, mroźniejsze i o wiele bardziej śnieżne niż w położonym o dwadzieścia pięć kilometrów dalej i sto metrów niżej Krakowie. Gdy opuszczałem miasto by zamieszkać "za siódmą górą, za siódmą rzeką", najbardziej obawiałem się dojazdów do pracy. Obawę potęgowały opowieści starych mieszkańców.
- Panie, kiedyś to tu były zimy. Ino koniem się dojeżdżało. A koń jak szedł, to śniegu miał po szyję. A raz to odcięło nas na tydzień!
Te słowa słyszałem od kilku osób niezależnie za każdym razem, gdy wyrażałem wątpliwość, czy zdołam dojechać do gościńca.
Tymczasem mieszkając tu już siódmą zimę, ani razu nie miałem kłopotów z dojazdem do pracy. Albo inaczej, ani razu nie miałem kłopotu z przejechaniem pięciu kilometrów od mojego domu do gościńca. Bo droga krajowa nr 94 to już inna historia. Owszem, pługi jeżdżą regularnie, ale gdy mocno sypie, to obciążone ponad normę TIR-y nie są w stanie podjechać pod górki i blokują całą trasę.
Jedynie pierwszej zimy musiałem przyzwyczaić drogowców do swojej obecności. Ponieważ do pracy wstawałem wtedy skoro świt, wykonałem telefon do pana K., właściciela pługopiaskarki.
- Dzień dobry, chciałem powiedzieć, że ja mieszkam na Dołkach i muszę wyjechać do pracy o piątej rano, więc może by pan przejechał pługiem koło mnie, bo sypie jak cholera. Wie pan, bo to nowa chałupa i jeszcze pan koło mnie nie odsypywał.
- Dobra, zrobi się.
I się zrobiło. I to z jakim fasonem. Dzwoni budzik, odklejam powieki i... zamieram ze zdumienia. Cała sypialnia migocze jaskrawopomarańczową, dyskotekową poświatą. Co jest, do cholery!?
Pługopiaskarka pana K. właśnie przejechała koło domu zalewając pogrążoną w zimowym śnie okolicę ostrzegawczym światłem koguta z dachu szoferki.
Krótko mówiąc wszelkie moje obawy okazały się płonne: owszem, śniegu u nas nie brakuje, ale służby drogowe działają jak trzeba. Z jednym małym wyjątkiem... Jakoś tak ze dwie zimy temu zmieniły substancję, którą sypią na drogi. Wcześniej sypały zwykłym piaskiem, teraz używają jakiejś paskudnej mieszanki soli ze spieczonym żużlem, przez co śnieg na drodze zmienia się w obrzydliwą, burą pacię. Jej ohydę podkreśla nieskalana śnieżna biel pól rozciągających się po obu stronach drogi. Oficjalnie nie narzekam - wszyscy chcemy jeździć bezpiecznie. Po cichu z dezaprobatą kręcę głową...
p.s.
Nie tylko ja wypatruję wiosny. Brzózka w moim ogrodzie również nie może się jej doczekać.
niedziela, 20 stycznia 2013
Pomoc drogowa
- Jejku! Jakby się ojciec dowiedział, tobym miał przerąbane...
Tak naprawdę chłopak użył słów bardziej dosadnych, ale faktycznie miał powód. Jak się pożycza auto od ojca i ląduje się tym autem w rowie, to mało który ojciec się nie zdenerwuje.
Śnieg pada od kilku dni. Pługi nie dają już rady, bywa, że drogi możemy się tylko domyśleć. Zwłaszcza tej w szczerym polu, którą śnieg zasypuje nie tylko z góry, ale i z boku (dopiero na wsi nauczyłem się różnicy pomiędzy zawieją a zamiecią: ta pierwsza to wiatr plus śnieg z góry, ta druga to wiatr plus śnieg z pola, taki, który spadł wcześniej, a teraz jest nawiewany na drogę).
Chłopak albo miał pecha, albo przeszarżował (jak się ma dwadzieścia lat to się raz na jakiś czas szarżuje). W każdym razie gdy go mijałem, to spojrzał się na mnie z taką bezsilną rozpaczą, że zatrzymałem się natychmiast.
On siedzi za kierownicą, ja pcham od tyłu. Nie idzie. Odsypujemy śnieg spod kół. Auto ani ruszy - koła kręcą się w miejscu, nie idzie nawet po rozbujaniu. Podczepiam linkę i próbuję wyciągnąć go moim samochodem. Koła nadal mielą śnieg, auto chłopaka ani myśli wyjechać z rowu. Ocieramy pot z czoła (ja ze zmęczenia, chłopak pewnie z emocji) i zastanawiamy się jak wydostać drania z pułapki. I wtedy zza zakrętu wyłania się samochód. Staje bez zawahania, wysiada jakiś facet.
- Tomuś (imię zmienione), aleś się wtarabanił! A jakby się ojciec dowiedział...
Teraz ja próbuję wyciągnąć Tomusia moim autem, Tomuś mieli kołami swojego, a znajomy jego ojca pcha go od tyłu. Auto nadal w rowie. Stoimy już we trójkę i ocierając pot z czoła (my ze zmęczenia, Tomuś z emocji) zastanawiamy się jak wyjść z impasu.
I wtedy zatrzymuje się kolejne auto. Wysiada facet i bez słowa podchodzi do bagażnika i pokazuje głową: dawaj! Ja za kółkiem mojego, Tomuś w swoim, dwaj faceci pchają. Powoli, centymetr po centymetrze, auto wytacza się na drogę. Uff...
- Tomuś, - drugi facet groźnie kiwa palcem - ale ty lepiej teraz uważaj! Jak by się ojciec dowiedział...
- No...
Tomuś dziękuje nam wzrokiem i odjeżdża powolutku, dwadzieścia na godzinę. Ja wracam do domu zadowolony z dobrego uczynku i zastanawiam się, czy w mieście też by tak chętnie Tomusiowi pomogli. Ale z drugiej strony czy w mieście są aż tak duże zaspy?
Tak naprawdę chłopak użył słów bardziej dosadnych, ale faktycznie miał powód. Jak się pożycza auto od ojca i ląduje się tym autem w rowie, to mało który ojciec się nie zdenerwuje.
Śnieg pada od kilku dni. Pługi nie dają już rady, bywa, że drogi możemy się tylko domyśleć. Zwłaszcza tej w szczerym polu, którą śnieg zasypuje nie tylko z góry, ale i z boku (dopiero na wsi nauczyłem się różnicy pomiędzy zawieją a zamiecią: ta pierwsza to wiatr plus śnieg z góry, ta druga to wiatr plus śnieg z pola, taki, który spadł wcześniej, a teraz jest nawiewany na drogę).
Chłopak albo miał pecha, albo przeszarżował (jak się ma dwadzieścia lat to się raz na jakiś czas szarżuje). W każdym razie gdy go mijałem, to spojrzał się na mnie z taką bezsilną rozpaczą, że zatrzymałem się natychmiast.
On siedzi za kierownicą, ja pcham od tyłu. Nie idzie. Odsypujemy śnieg spod kół. Auto ani ruszy - koła kręcą się w miejscu, nie idzie nawet po rozbujaniu. Podczepiam linkę i próbuję wyciągnąć go moim samochodem. Koła nadal mielą śnieg, auto chłopaka ani myśli wyjechać z rowu. Ocieramy pot z czoła (ja ze zmęczenia, chłopak pewnie z emocji) i zastanawiamy się jak wydostać drania z pułapki. I wtedy zza zakrętu wyłania się samochód. Staje bez zawahania, wysiada jakiś facet.
- Tomuś (imię zmienione), aleś się wtarabanił! A jakby się ojciec dowiedział...
Teraz ja próbuję wyciągnąć Tomusia moim autem, Tomuś mieli kołami swojego, a znajomy jego ojca pcha go od tyłu. Auto nadal w rowie. Stoimy już we trójkę i ocierając pot z czoła (my ze zmęczenia, Tomuś z emocji) zastanawiamy się jak wyjść z impasu.
I wtedy zatrzymuje się kolejne auto. Wysiada facet i bez słowa podchodzi do bagażnika i pokazuje głową: dawaj! Ja za kółkiem mojego, Tomuś w swoim, dwaj faceci pchają. Powoli, centymetr po centymetrze, auto wytacza się na drogę. Uff...
- Tomuś, - drugi facet groźnie kiwa palcem - ale ty lepiej teraz uważaj! Jak by się ojciec dowiedział...
- No...
Tomuś dziękuje nam wzrokiem i odjeżdża powolutku, dwadzieścia na godzinę. Ja wracam do domu zadowolony z dobrego uczynku i zastanawiam się, czy w mieście też by tak chętnie Tomusiowi pomogli. Ale z drugiej strony czy w mieście są aż tak duże zaspy?
niedziela, 13 stycznia 2013
Ambiwalencja
I czego właściwie ode mnie oczekujecie? Że, spojrzawszy rano za okno, zastygnę z radosnym karpiem na buzi, a potem, niczym pies na dźwięk słowa "spacer", będę skakał pod sufit z
wywalonym jęzorem i obłędem w oczach? Że głosem herolda wypowiem Wielką Rodzinną Wojnę na Śnieżki i, okutawszy siebie i dzieciaki kożuchami, wystrzelę nas na podwórko robić orły i bałwany? Bo w nocy spadł śnieg. Śnieg! Śnieg!!!
ŚNIEEEEEEEEEG!!!!!!!!!!!!!!!
Owszem. Zrobię to wszystko. Ale bez entuzjazmu.
Uświadomiłem to sobie wczoraj na imprezie u sąsiadów-przyjaciół, gdy, nieco zmęczony gwarem, muzyką i którymś z kolei drinkiem, usiadłem przy oknie i zapatrzyłem się na zasypywany białym puchem świat. Przez dobry kwadrans gapiłem się na nieziemsko piękną burzę śniegowych płatków wirujących w świetle ogrodowego reflektora. Czarna, mroźna noc, magiczna śnieżna kula. Hipnoza.
A ja nagle łapię się na tym, że wcale, ale to wcale mnie to piękno nie urzeka. I że myślę o tym, że znów będę musiał odśnieżyć cały podjazd. Że do sklepu pojadę objazdem, bo najkrótsza droga jest zbyt stroma nawet dla pługopiaskarki. Że wracając do domu pewnie przemoczę buty, bo zapomniałem ochraniaczy. I że jak przyjdzie ocieplenie, to cały ten cholerny śnieg zmieni drogę pod moja bramą w głęboki po kolana, rwący górski strumień.
Dla mieszczucha zima na wsi to bajka: za dnia narty, sanki, kuligi, wieczorem ogień w kominku, grzaniec, rozmowy... Codzienność wiejskiej zimy to odciski na rękach od szufli, auta w rowach i zadyszka po wyprawie na zakupy. W nieziemsko pięknych okolicznościach przyrody.
Owszem. Zrobię to wszystko. Ale bez entuzjazmu.
Uświadomiłem to sobie wczoraj na imprezie u sąsiadów-przyjaciół, gdy, nieco zmęczony gwarem, muzyką i którymś z kolei drinkiem, usiadłem przy oknie i zapatrzyłem się na zasypywany białym puchem świat. Przez dobry kwadrans gapiłem się na nieziemsko piękną burzę śniegowych płatków wirujących w świetle ogrodowego reflektora. Czarna, mroźna noc, magiczna śnieżna kula. Hipnoza.
A ja nagle łapię się na tym, że wcale, ale to wcale mnie to piękno nie urzeka. I że myślę o tym, że znów będę musiał odśnieżyć cały podjazd. Że do sklepu pojadę objazdem, bo najkrótsza droga jest zbyt stroma nawet dla pługopiaskarki. Że wracając do domu pewnie przemoczę buty, bo zapomniałem ochraniaczy. I że jak przyjdzie ocieplenie, to cały ten cholerny śnieg zmieni drogę pod moja bramą w głęboki po kolana, rwący górski strumień.
Dla mieszczucha zima na wsi to bajka: za dnia narty, sanki, kuligi, wieczorem ogień w kominku, grzaniec, rozmowy... Codzienność wiejskiej zimy to odciski na rękach od szufli, auta w rowach i zadyszka po wyprawie na zakupy. W nieziemsko pięknych okolicznościach przyrody.
niedziela, 6 stycznia 2013
Sposób na fotoradary
Zacznę od tego, że trzeba mieć wyjątkowego pecha, żeby złapać mandat na drodze krajowej nr 94, przy której leży moja gmina. Jak już wcześniej pisałem (na przykład tutaj), jest ona zbyt ruchliwa, zbyt wąska i zbyt kręta, żeby dało się jechać szybciej niż najwolniejszy uczestnik ruchu, czyli albo ledwo żywa ciężarówka, albo kierowca, który do przestrzegania przepisów podchodzi bezkompromisowo. Wariaci oczywiście zdarzają się jak wszędzie, ale zdecydowana większość kierowców wie, że wyprzedzanie nie ma najmniejszego sensu i grzecznie jedzie w rządku 50-60 na godzinę.
Tej sytuacji zdaje się zupełnie nie dostrzegać zarządca drogi krajowej nr 94, czyli Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad, która co kilka kilometrów umieściła budki z fotoradarami. To znaczy nikt do końca nie wie, czy w budce akurat zagnieździł się jednooki drapieżnik, czy też pozostaje ona niezamieszkała. Faktem jest, że między Krakowem a Olkuszem jest tych budek co najmniej dziesięć, z czego, jeśli dobrze policzyłem, cztery lub pięć na terenie mojej gminy. Jedna z nich niedawno zmieniła kolor: z szaroburego na jaskrawo-żółty, który, w myśl nowych przepisów, jednoznacznie ostrzega kierowców, że ze środka łypie oko radaru. Pozostałe, przecząc wspomnianej wyżej niepewności, są na sto procent nieszkodliwe. Bo...
Sposoby na fotoradary są w naszej gminie dwa: nalepka lub szmata. Tę pierwszą nalepia się na szklane okienko budki, więc nawet jeśli w środku jest urządzenie, to i tak nic nie widzi. Nalepka tkwi na miejscu średnio co najmniej pół roku, dzięki czemu widać jak na dłoni, jak bardzo zarządca drogi interesuje się (nie interesuje się) daną budką. Szmata jest w swym działaniu o wiele bardziej radykalna: nasączona substancją łatwopalną, wciskana jest do budki przez wybite wcześniej okienko i podpalana. Nadtopiona, osmalona budka smętnie tkwi na słupie równie długie miesiące, zanim służba drogowa nie wymieni jej na nową.
Pytanie zasadnicze brzmi: czy powinniśmy potępiać wandala, który śmieje się w twarz przepisom, czy może jednak dostrzec w nim Janosika, który wziął w obronę maluczkich, uciskanych przez opresyjnych urzędników? Z jednej strony Polska przoduje w statystykach ofiar wypadków drogowych, z drugiej każdy z nas podświadomie czuje, że większość fotoradarów służy przede wszystkim do drenaży naszych portfeli, a dopiero na drugim miejscu do zwiększenia bezpieczeństwa na drodze. Ja nie chcę odpowiadać na to pytanie. Niechaj każdy czytelnik sam rozstrzygnie, gdzie leży racja. Może ten tekst będzie pretekstem do dyskusji w szerszym gronie?
Mnie tylko ciekawi, czy fotoradary niszczy się jedynie w mojej okolicy, czy może jest to proceder bardziej popularny?
Tej sytuacji zdaje się zupełnie nie dostrzegać zarządca drogi krajowej nr 94, czyli Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad, która co kilka kilometrów umieściła budki z fotoradarami. To znaczy nikt do końca nie wie, czy w budce akurat zagnieździł się jednooki drapieżnik, czy też pozostaje ona niezamieszkała. Faktem jest, że między Krakowem a Olkuszem jest tych budek co najmniej dziesięć, z czego, jeśli dobrze policzyłem, cztery lub pięć na terenie mojej gminy. Jedna z nich niedawno zmieniła kolor: z szaroburego na jaskrawo-żółty, który, w myśl nowych przepisów, jednoznacznie ostrzega kierowców, że ze środka łypie oko radaru. Pozostałe, przecząc wspomnianej wyżej niepewności, są na sto procent nieszkodliwe. Bo...
Sposoby na fotoradary są w naszej gminie dwa: nalepka lub szmata. Tę pierwszą nalepia się na szklane okienko budki, więc nawet jeśli w środku jest urządzenie, to i tak nic nie widzi. Nalepka tkwi na miejscu średnio co najmniej pół roku, dzięki czemu widać jak na dłoni, jak bardzo zarządca drogi interesuje się (nie interesuje się) daną budką. Szmata jest w swym działaniu o wiele bardziej radykalna: nasączona substancją łatwopalną, wciskana jest do budki przez wybite wcześniej okienko i podpalana. Nadtopiona, osmalona budka smętnie tkwi na słupie równie długie miesiące, zanim służba drogowa nie wymieni jej na nową.
Pytanie zasadnicze brzmi: czy powinniśmy potępiać wandala, który śmieje się w twarz przepisom, czy może jednak dostrzec w nim Janosika, który wziął w obronę maluczkich, uciskanych przez opresyjnych urzędników? Z jednej strony Polska przoduje w statystykach ofiar wypadków drogowych, z drugiej każdy z nas podświadomie czuje, że większość fotoradarów służy przede wszystkim do drenaży naszych portfeli, a dopiero na drugim miejscu do zwiększenia bezpieczeństwa na drodze. Ja nie chcę odpowiadać na to pytanie. Niechaj każdy czytelnik sam rozstrzygnie, gdzie leży racja. Może ten tekst będzie pretekstem do dyskusji w szerszym gronie?
Mnie tylko ciekawi, czy fotoradary niszczy się jedynie w mojej okolicy, czy może jest to proceder bardziej popularny?
Subskrybuj:
Posty (Atom)



