niedziela, 12 sierpnia 2012

Droga, przy której mieszkamy

Droga, przy której mieszkamy, czasami zamienia się w strumień. Dzieje się tak przeważnie na przedwiośniu,  gdy nagłe ocieplenie gwałtownie stopi śnieg, lub gdy się rozpada: przemarznięta ziemia nie przyjmuje wtedy ani kropli wody i wszystko spływa, a nie wsiąka. Dwie płachty okolicznych pól opadają w kierunku naszej drogi, krajobraz przypomina otwartą księgę, co wygląda niezwykle malowniczo. Również w czasie ulewy, tylko że akurat wtedy piękno podkrakowskiej wsi nie porusza nas ani trochę. Bardziej zastanawia nas jak pokonać półmetrowej głębokości rwący strumień, w który zamieniła się nasza polna dróżka. A gdy woda już opadnie, w miarę równe koleiny zamieniają się w tor przeszkód pełen błota, piachu, mniejszych i większych kamieni, jakiś gałęzi i wszystkiego, co spłynęło z pól. Droga kończy się skrzyżowaniem. Pod nim jest przepust, którym nadmiar wody powinien spłynąć dalej, na pola. Jednak przepust jest zatkany od zawsze, przez co przy skrzyżowaniu tworzy się staw (kaczki sąsiada są wniebowzięte).

Droga, przy której mieszkamy, wymaga remontu, o czym władze naszej gminy wiedzą doskonale. Po każdej większej nawałnicy przyjeżdża komisja, która, przeskakując lub omijając błotniste pułapki w beznadziejnej walce o zachowanie czystości półbutów i szpilek, lustruje zniszczenia, sporządzając urzędowe notatki wraz z dokumentacją fotograficzną oraz kręcąc ze zdumieniem głowami. Skąd to zdumienie, nie wiem, przecież historia powtarza się co roku. W zasadzie komisja nie musiałaby przyjeżdżać, wystarczy przepisać notatki.

Ostatnio jednak coś drgnęło. Wójt zwołał zebranie właścicieli wszystkich działek leżących wzdłuż drogi, przy której mieszkamy.
- Moi drodzy, - oświadczył - remontujemy!
W ciszy, która zapadła, słychać było chrzęst podnoszonych brwi.
- Jest tylko jedno "ale".
Brwi powoli zaczęły opadać...
- Droga jest nierównej szerokości. Czasem ma trzy metry, a czasem sześć. A powinna mieć dziesięć, żeby zmieścił się i asfalt, i dwa rowy po bokach. I w związku z tym proszę was, żebyście zrzekli się kawałka waszej ziemi na rzecz wspólnego dobra.
Brwi minęły punkt neutralny i zaczęły się zbiegać ku sobie. I trwały w tym stanie przez dwie godziny dyskusji.

Oj, - pomyślałem- chyba jednak trzeba będzie kupić to 4x4. I na dobrą sprawę ani trochę mnie to nie martwi.

niedziela, 5 sierpnia 2012

Jeszcze o terkocie

- Zobacz, tata! Kombajn bizonuje!
- Kosi, synku. Mówi się "kombajn kosi zboże".
- Nie, tata, pan J. mówi, że bizonuje!
No tak... gdzie mi się tam równać autorytetem z właścicielem prawdziwego kombajnu (a także traktora z przyczepą, rozrzutnikiem, pługiem, broną i kilkoma innymi dodatkami. Mój synek wpatrzony jest w niego jak w słońce, w czasie zabaw każe do siebie mówić "Panie J.").

Kombajn, ale nie ten pana J., tylko inny, i wcale nie Bizon, tylko taki biało-zielony, pojawił się wczoraj przy naszym płocie by "zbizonować" pole żyta. Zbizonował połowę i nagle się zatrzymał. Kombajnista podszedł do ogrodzenia.
- Nie masz Pan komórki?
- Zaraz przyniosę. Co tam, awaria?
- Niiii... ojciec miał z przyczepą podjechać, ale nie podjechał.
Dzwonimy po przyczepę, ma być za piętnaście minut. Wypełniony zbożem kombajn huczy na wolnych obrotach.

I tu przechodzę do sedna sprawy. Silnik warczy. Kombajnista (bardzo miły człowiek) ani myśli go wyłączyć, chociaż wie, że przez co najmniej kwadrans maszyna nie będzie kosić. Więc dlaczego? Inny obrazek: wspomniany pan J. jadąc traktorem na pole często zatrzymuje się koło naszych sąsiadów na pogawędkę. Rozmowa trwa czasem trzy minuty, czasem pół godziny, traktor zawsze pozostaje włączony. Donośny warkot silnika zdaje się zupełnie nie przeszkadzać w rozmowie, choć obaj interlokutorzy muszą go przekrzykiwać, wypierająca tlen chmura spalin też nie robi na nich wrażenia. Albo przed sklepem: zajeżdża dostawczy, kierowca wyładowuje towar, silnik chodzi. Kierowca wraca, jeszcze przez pięć minut uzupełnia papiery, diesel warczy nieprzerwanie. Rozumiem: wóz - chłodnia, jak się go wyłączy, to przestanie chłodzić. Ale to jest zwykły dostawczak z mydłem i proszkiem do prania!

I tak jest wszędzie. Miasto, miasteczko, wieś... Polska, zagranica...  (włączonego dostawczaka przed sklepem widziałem w centrum Londynu). Osobówki, ciężarówki, tiry, traktory i wszelkie inne diesle (ciekawostka: nigdy auta na benzynę) hałasują, psują powietrze, marnują paliwo. Ludzie idą, wstrzymują oddech, odwracają głowy, ale nikt nie zwróci kierowcy uwagi. Powiedzcie mi, ludzie, czy ze mną coś nie tak, że mi to przeszkadza?





niedziela, 29 lipca 2012

Poczucie bezpieczeństwa

Małżonka, udając się wieczorem do sypialni, bierze ze sobą komputer, nasze portfele i oba swoje telefony. Mojego telefonu używam jako budzika, więc i tak mam go w nocy przy sobie.
- Mam je zostawić w salonie? Przy otwartych drzwiach na taras!? - małżonka odpowiada na mój pytający wzrok. Wzdycham kręcąc głową...
- Dobra, dobra. Ty rób co chcesz, a ja wolę spać spokojnie!

Gruba przesada, czy odpowiedzialne zachowanie?

Pamiętam jak jadąc pierwszy raz przez wieś, zatrzymaliśmy się przy jednej z chałup, by spytać o drogę. Pukamy do uchylonych drzwi - cisza. Halo! Dzień dobry! - cisza... Nieśmiało zaglądamy do środka - nikogo nie ma. Dom otwarty na oścież, na stole siatka pełna zakupów, jakieś drobne, telefon... i żywej duszy dookoła. Wycofaliśmy się po cichu, zdumieni, że można, ot tak, wyjść nie zamknąwszy drzwi na klucz.

Na wsi kradną tak jak wszędzie. Nam gwizdnęli aluminiowe felgi z rozbitego auta, które pół roku stało na podwórku, zanim pozbyłem się wraka. W sąsiedniej wsi złodzieje w biały dzień podjechali ciężarówką pod dom, którego właściciele wyjechali na kilka dni, i wynieśli dosłownie wszystko. Sąsiedzi byli przekonani, że to przeprowadzka. A mimo to od momentu zamieszkania na wsi moje poczucie bezpieczeństwa stale rośnie. I to samo obserwuję u sąsiadów, takich jak my mieszczuchów, którzy budują się w okolicy. Na początku - zamykanie domu na trzy spusty, nawet jeśli wychodzi się na sąsiedzką pogawędkę na drodze. Oba zamki w drzwiach przekręcone, okna domknięte, portfele i komórki przy sobie. Potem nadchodzi jesienna plucha, potem zima, a gdy wiosną życie na drodze ożywa, już nie dwa, a tylko jeden zamek przekręcony, a okno zostaje uchylone. A potem macha się ręką na zamki, przecież z drogi widać co się dzieje z domem, a w czasie letnich upałów okna na noc zostają szeroko otwarte... Niedawno wchodzę na podwórko sąsiadów. Drzwi otwarte na oścież, oni - w ogrodzie, po drugiej stronie domu. A jeszcze rok wcześniej zamykali drzwi na klucz gdy szli ze śmieciami, jak w mieście, w bloku...

Uwolnienie się od paranoi, że wokół samo zło, czy może kompletny brak odpowiedzialności? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Faktem jest, że na wsi znika napięcie: że okradną w biały dzień, że pobiją, że skrzywdzą... Że człowiek człowiekowi wilkiem. Ja od zawsze głęboko wierzę, że ludzie są bardziej dobrzy niż źli. Życie na wsi z każdym dniem tę wiarę we mnie umacnia.

A na komputer w sypialni przeniósł się kot, dzięki czemu wreszcie mogę wyprostować w łóżku nogi.

niedziela, 22 lipca 2012

Obchód ogrodu

Obchód ogrodu to codzienny rytuał od momentu, w którym śnieg topnieje na tyle, że zaczynamy widzieć, co się pod nim kryje, do chwili, w której świeży śnieg zasłania ogród na dobre. Od wczesnej wiosny do późnej jesieni codzienny obchód wygląda dokładnie tak samo: schodzimy z tarasu i posuwając się wzdłuż prawej strony działki oglądamy kolejno:
- róże pnące ("ależ się pną! jak to dobrze, że posadziliśmy je na gnoju")
- cisy ("ależ wolno rosną")
- berberysy ("ależ wolno rosną, może by je czymś podlać w tym roku...")
- jarzębinę ("ależ ona szybko rośnie, pamiętasz - jak ją sadziłem to była taka, a teraz jest taaaaaka")
- dereń ("o! dereń!" - no bo co innego można powiedzieć o dereniu...)
- dzikie maliny ("tak się plenią, a owoców jak nie ma, tak nie ma")
- warzywnik ("w tym roku trzeba by wreszcie zrobić ten płotek")
- brzozę (przy brzozie zamieramy w bezsłownym podziwie dla tempa jej przyrostu)
- stertę dech po budowie (przy niej też milczymy - ja wiem, że małżonka jej nie cierpi, małżonka wie, że nie dam jej ruszyć, więc po co strzępić języki)
- oraz kilka dziesiątek innych drzewek, krzewów i krzaków, które codziennie, od wczesnej wiosny do późnej jesieni wywołują te same: "ależ one rosną" lub "jakoś wolno rosną".

Codzienny obchód ogrodu zawsze następuje spontanicznie. Nigdy nie wiemy, kiedy poderwiemy się z foteli by sprawdzić czy rzodkiewka już wzeszła i czy truskawki dojrzały. Czasem przed-, czasem po południu, bywa, że jeszcze przed śniadaniem lub późnym wieczorem - bez słowa schodzimy z tarasu by nasycić się widokiem przekopanych grządek i czerwieniejących porzeczek, oraz skląć cholernego kreta, którego kopiec wyrósł pół metra od akustycznego odstraszacza z fotoogniwem za sto siedemnaście złotych ("Działa w promieniu do 50m"). Ale tak naprawdę to wcale nie idziemy, żeby zobaczyć, jak jeżyny przyrosły o pół milimetra. Idziemy po energię, która, zgodnie z zasadą jej zachowania, wraca do nas, zatoczywszy koło od szpadla, kosiarki i węża. Idziemy by zamienić ból schylonych pleców, spierzchnięte dłonie i spocone czoło na poczucie, że wysiłek ma sens, i że my, mieszczuchy, dajemy radę...

Siedzę na tarasie i piszę te słowa. Za plecami słyszę kroki małżonki, która jeszcze nie wie o czym będzie felieton.
- Idę na obchód - mówi. Dołączysz za chwilę?
   

niedziela, 15 lipca 2012

Jak miło spędzić popołudnie

Przepis jest bardzo prosty: należy wygonić dzieci na drogę. A właściwie nie tyle wygonić, co drobnym podstępem sprawić, żeby same chciały wyjść. Na przykład trzeba ostentacyjnie podejść do okna i głośno spytać:
- A któż to chodzi po drodze?
- Przecież tam nikogo nie ma! - odpowiada nieco zaskoczona małżonka, która jeszcze się nie zorientowała w podstępie. Nie szkodzi. Najważniejsze, że dzieci, właściwi adresaci pytania, natychmiast wołają unisono:
- Chcemy iść na drogę!
I już jesteśmy w domu, czyli na drodze.

Bo na drodze, o czym pisałem tutaj, natychmiast rozkwita życie towarzyskie, dzięki któremu nudne, ciągnące się popołudnia zmieniają się w miłe sąsiedzkie spotkania, w czasie których gada się o czymkolwiek, albo nie gada się o niczym, tylko po prostu się siedzi i wspólnie gapi na chmury, lub np. jak sąsiad wrzuca na taczki kolejne łopaty ziemi po budowie. Bo siedzieć w cieniu, na trawce i patrzeć jak się inni męczą, to jedno z moich ulubionych zajęć. Usprawiedliwia mnie fakt, że wcześniej sam się namachałem łopatą przy podobnej  po-budowlanej kupie.

Popołudnie spędzone na drodze ma jeszcze jedną zaletę: można wziąć pokrojone w wagoniki skibki i bez wysiłku nakarmić dzieciaki, które, zaaferowane zabawą, zupełnie nie notują faktu przełykania kolejnych kęsów. Bo wiadomo: dziecko syte - rodzic szczęśliwy. Żadnych płaczów, jęków, marudzenia...

Niedawno na drodze miał miejsce następujący dialog:
- Syneeeek!!! Chodź po skibkęęęę!!!!
- Sąsiad, a co to jest skibka?
- Jak to, co to jest skibka!? No... to jest skibka (pokazuję sąsiadowi trzymaną w ręku skibkę).
- Nie, to jest kromka!
- Kromka, to jest pierwszy odkrojony kawałek chleba, a to jest skibka.
- Sam jesteś skibka! Pierwszy kawałek to jest piętka. A ty trzymasz kromkę.
- On trzyma pajdę! - wtrąca się stojąca nieopodal sąsiadka. - To jest pajda!

I kto ma rację?

niedziela, 8 lipca 2012

Czterolistna koniczyna


- Zobacz, kochanie, znalazłam czterolistną koniczynę!
Małżonka wręcza mi cieniutką łodyżkę zakończoną czterema zielonymi płatkami.
- I jeszcze trzy! - dodaje chichocząc.
- Tylko tyle!? - w moim pytaniu nie ma śladu ironii. Już od dawna. Albowiem moja małżonka znajduje czterolistne koniczyny z tak przerażającą łatwością, że gdybyśmy żyli kilka wieków wcześniej, to wcale bym się nie zdziwił, gdyby ją ktoś posądził o czary.

Idziemy na spacer. Droga biegnie wzdłuż pola obsianego zbożem. Na jego krawędzi wąski, zielony pas koniczyny. Małżonka pochyla się, wyciąga rękę i wręcza mi cztery listki na chudej łodydze.
Chwilę później przysiadamy dla odpoczynku. Żona obserwuje obłoki, podziwia jaskółki, wpatruje się w las na horyzoncie, leniwie konwersuje, a po kwadransie wręcza mi kilkanaście wiadomych koniczyn, które znalazła nie ruszając się z miejsca. Rekord: dwadzieścia sześć czterolistnych i, uwaga, dwie pięciolistne koniczyny znalezione na jednym spacerze.

Każda roślinka ląduje między kartami książek, listki starannie rozłożone, by było widać ile ich jest. Gdy dzieciaki podrosną i zaczną sięgać po lektury, będą przekonane, że ów symbol szczęścia rodzi się w księgarniach.


Dzieciaczki czasem próbują naśladować mamę, ale bez powodzenia. Ja zarzuciłem bezowocne próby już dawno temu - dlaczego mam się wysilać, skoro moja lepsza połowa załatwia sprawę hurtowo. Niedawno zaproponowałem jej, by założyła firmę i sprzedawała koniczyny za ciężkie pieniądze. Roześmiała się, ale jej wzrok mówił, że wcale nie uważa żarciku za absurdalny. Kto wie, może czterolistna koniczyna właśnie w taki sposób przyniesie nam fortunę?

Szukając działki pod budowę domu, oglądaliśmy różne miejsca. Gdy dotarliśmy tutaj, po wyjściu z auta małżonka pochyliła się i wręczyła mi czterolistną koniczynę. I dłużej już nie szukaliśmy.

niedziela, 1 lipca 2012

Jak zmienić dziecko w królika

- Tato, jestem królikiem!
- Nie, ja jestem królikiem!!
- Nie-e, to ja jestem królikiem!!!
- Tato, ona mówi, że jest królikiem, ale to ja jestem królikiem!
Dzieciaki tańczą wokół świeżo wykopanej marchewki, która, jeszcze z natką, płucze się w wiadrze z wodą. Co chwila wyciągają kolejną i chrupią na wyścigi:
- Zobacz, tato, jak szybko potrafię zjeść marchewkę!

Marchewka jest jeszcze niewielka, nie dłuższa niż dwa-trzy centymetry. Wykopaliśmy ją, żeby nieco przerzedzić zbyt gęsto porośniętą grządkę - warzywa tkwią w niej jak zapałki w pudełku. Marchewki, pietruszki, groszek, papryka, cebule, pory, selery, ogórki... Wszystko rośnie na potęgę, jak co roku zasilone kompostem, którego siły nie doceniliśmy kolejny raz.

Pierwszy sezon warzywnika pięć lat temu: prostokąt cztery na osiem metrów wypełniony suchą, pylistą, pełną zbitych grud i kamieni ziemią. Małżonka po kilkudniowej walce ciska łopatę i rzuca grobowym głosem: zasiej trawę, nic z tego nie będzie... Otwieram komputer, w przeglądarkę wpisuję "sprzedaż czarnoziemu". Kilka dni później pod warzywnik podjeżdża wywrotka pełna czarnej nadziei.
Pełna beznadziei... Czarnoziem, gdy już wylądował na grządkach, okazał się pachnącą starym olejem gliną wykopaną z jakiejś budowy. Niech to cholera! Chcąc nie chcąc łapię szpadel i mieszam piach z gliną przeklinając nieuczciwego sprzedawcę. Nasze myśli są czarniejsze od ziemi. Małżonka, z natury bardziej emocjonalna, pociąga nosem, udając, że ma katar.
- W przyszłym roku wkopię kompost, zobaczysz, że będzie dobrze... - pocieszam ją nieszczerze. 

A jednak. Pierwsze plony faktycznie były jeszcze mizerne. Pierwsze koty za płoty... Następne okazały się całkiem, całkiem. Kolejne rozjaśniły twarz małżonki, a zeszłoroczne okazały się pierwszą klęską urodzaju (kiszone ogórki jemy do dzisiaj). Wkopywany co roku kompost zmienił pustynię w ziemię tak żyzną, że nawet kij od miotły rozkwita.

O czym oczywiście rokrocznie zapominamy, siejąc i sadząc zbyt gęsto, w związku z czym od czasu do czasu musimy wkroczyć do warzywnika i przerzedzić marchewki, buraczki i inne pietruszki, przy okazji zmieniając dzieciaki w króliki.

A propos kotów - kolejne mruczące cztery łapy nie czekały do jesieni i wprowadziły się do nas z początkiem lata. A nie mówiłem?