Nocne ciemności wśród starych i nowych mieszkańców wsi wywołują reakcje dokładnie odwrotne. Ci pierwsi zdecydowanie ich nie lubią, dla tych drugich nieskażona latarniami ciemność stanowi jedną z atrakcji niedostępnych w mieście. Ci pierwsi na każdym wiejskim zebraniu apelują o ustawienie latarni tam, gdzie ich brakuje, ci drudzy w tym czasie milczą, zapewne z obawy, że ich pociąg do mroku zostanie kompletnie niezrozumiały. Bo faktycznie - o ileż wygodniej wraca się wieczorem do domu bez obawy o wpadnięcie w niewidoczną dziurę, o ileż pewniej mija się krzaki, gdy widać, że nie czai się za nimi żaden zbir. A że gwiazd nie widać?
Mieszczuchy na zebraniach siedzą cicho, za to między sobą otwarcie rozmawiają, że woleliby, aby zostało tak, jak jest. Czyli w centrum wsi, przy głównej drodze, latarnie mogą zostać, bo faktycznie są potrzebne, ale na Dołkach to lepiej, żeby ich nie było... Dlaczego?
Ano dla widoku Drogi Mlecznej w letnią noc. Dla spadającej gwiazdy, która, kto wie, być może spełni nasze życzenia. Dla tej sowy, która kiedyś bezszelestnie przemknęła tuż koło mojej głowy, że aż podskoczyłem. Pewnie, że się przestraszyłem, ale jakie to ma znaczenie. Dla wszystkich naszych gości, którzy rano witają nas niezmiennym: "Ależ głęboko spaliśmy, u nas nigdy nie jest tak cicho i ciemno!". I dlatego, żeby właśnie nie było jak w mieście, w którym nigdy nie jest ani zupełnie cicho ani zupełnie ciemno.
Nasza gmina należy do tych biedniejszych. Nie ma w niej żadnego przemysłu, nie ma wielkich centrów handlowych ani żadnych innych przedsiębiorstw, które zasilałyby jej budżet podatkami. W związku z tym inwestycje w infrastrukturę są minimalne. Nie ma chodników, drogi się łata a nie remontuje, o kanalizacji lepiej nie wspominać. Na oświetlenie też na razie nie ma pieniędzy. Na szczęście - szepczę najmniejszą możliwą czcionką. A i tak pewnie mi się oberwie...
niedziela, 26 sierpnia 2012
niedziela, 19 sierpnia 2012
Czterdzieści bocianów i dudek
Skąd wiem, że akurat czterdzieści? Nie wiem, mogło ich być trzydzieści pięć, mogło i czterdzieści siedem. Ważne jest to, że nagle kilkadziesiąt tych ptaków sfrunęło z nieba prosto na łąkę za naszym domem, żeby odpocząć w trakcie podróży do Afryki. Widzieliście kiedyś czterdzieści bocianów na raz!? Albo trzydzieści pięć?
- Umówmy się, że nie traktujemy tego jako wróżby, tak? - powiedziała małżonka płaskim, martwym głosem, który kontrastował ze zdumionym zachwytem w jej oczach.
- Umowa stoi - odparłem, a usta nie drgnęły mi ani o milimetr. Dwójka dzieci w zupełności, ale to w zupełności nam wystarczy.
Rzeczona dwójka pognała w kierunku bocianów zupełnie nieświadoma ryzyka.
Od kiedy zamieszkaliśmy na wsi, ze zdumieniem odkryliśmy istnienie ptaków innych niż sroki, gawrony, gołębie i wróble. Od pierwszej zimy umocowany do płotu karmnik stał się celem pielgrzymek:
- sikorek (bogatki, modrej i ubogiej),
- kopciuszków (który z mieszczuchów wie, że istnieje takie coś?),
- pokląs... kiew... kwów... kiew... (chyba tak to się odmienia... dopełniacz liczby mnogiej od "pokląskwa": kogo, czego - pokląskiew). Kiedyś taka pokląskwa wydzwoniła w szybę od drzwi tarasowych. Przeniosłem ją na barierkę, gdzie dochodziła do siebie przez godzinę, a potem zrobiła kupę i odleciała bez podziękowania:
- dzwońców (fajnie by było, gdyby to dzwoniec wydzwonił, ale to jednak była pokląskwa)
- świergotków (obu: polnego i łąkowego)
- pliszek, kosów i szpaków w ilościach hurtowych (na końcu ogrodu rosną dwie czereśnie. Mrużąc oczy patrzę na szpaki i tylko czekam, aż popełnią ten błąd...),
- oraz czeredy innych głodomorów, których nie udało mi się rozpoznać pomimo zakupu Ilustrowanego atlasu ptaków.
A niedawno przyleciał dudek. Pierwszy raz w życiu widziałem na własne oczy dudka! O szóstej rano wstałem do pracy: jeszcze w piżamie, trąc oczy wyjrzałem przez okno i zamarłem w pół ziewnięcia. Po trawie, szukając robaków, chodził najprawdziwszy dudek. Czubek miał zwinięty (rozpościera go tylko w okresie godowym, przed chwilą sprawdziłem w wikipedii) i wydawał się całkowicie pochłonięty swoimi sprawami. Jednak gdy tylko zbliżyłem się do szyby, by przyjrzeć mu się bliżej, poderwał się i tyle go widziałem. Ale co go zobaczyłem, to moje!
Ten rozdział zostawiam bez puenty w nadziei, że, w przeciwieństwie do kolejnych akapitów, nigdy nie nadleci.
- Umówmy się, że nie traktujemy tego jako wróżby, tak? - powiedziała małżonka płaskim, martwym głosem, który kontrastował ze zdumionym zachwytem w jej oczach.
- Umowa stoi - odparłem, a usta nie drgnęły mi ani o milimetr. Dwójka dzieci w zupełności, ale to w zupełności nam wystarczy.
Rzeczona dwójka pognała w kierunku bocianów zupełnie nieświadoma ryzyka.
Od kiedy zamieszkaliśmy na wsi, ze zdumieniem odkryliśmy istnienie ptaków innych niż sroki, gawrony, gołębie i wróble. Od pierwszej zimy umocowany do płotu karmnik stał się celem pielgrzymek:
- sikorek (bogatki, modrej i ubogiej),
- kopciuszków (który z mieszczuchów wie, że istnieje takie coś?),
- pokląs... kiew... kwów... kiew... (chyba tak to się odmienia... dopełniacz liczby mnogiej od "pokląskwa": kogo, czego - pokląskiew). Kiedyś taka pokląskwa wydzwoniła w szybę od drzwi tarasowych. Przeniosłem ją na barierkę, gdzie dochodziła do siebie przez godzinę, a potem zrobiła kupę i odleciała bez podziękowania:
- dzwońców (fajnie by było, gdyby to dzwoniec wydzwonił, ale to jednak była pokląskwa)
- świergotków (obu: polnego i łąkowego)
- pliszek, kosów i szpaków w ilościach hurtowych (na końcu ogrodu rosną dwie czereśnie. Mrużąc oczy patrzę na szpaki i tylko czekam, aż popełnią ten błąd...),
- oraz czeredy innych głodomorów, których nie udało mi się rozpoznać pomimo zakupu Ilustrowanego atlasu ptaków.
A niedawno przyleciał dudek. Pierwszy raz w życiu widziałem na własne oczy dudka! O szóstej rano wstałem do pracy: jeszcze w piżamie, trąc oczy wyjrzałem przez okno i zamarłem w pół ziewnięcia. Po trawie, szukając robaków, chodził najprawdziwszy dudek. Czubek miał zwinięty (rozpościera go tylko w okresie godowym, przed chwilą sprawdziłem w wikipedii) i wydawał się całkowicie pochłonięty swoimi sprawami. Jednak gdy tylko zbliżyłem się do szyby, by przyjrzeć mu się bliżej, poderwał się i tyle go widziałem. Ale co go zobaczyłem, to moje!
Ten rozdział zostawiam bez puenty w nadziei, że, w przeciwieństwie do kolejnych akapitów, nigdy nie nadleci.
niedziela, 12 sierpnia 2012
Droga, przy której mieszkamy
Droga, przy której mieszkamy, czasami zamienia się w strumień. Dzieje się tak przeważnie na przedwiośniu, gdy nagłe ocieplenie gwałtownie stopi śnieg, lub gdy się rozpada: przemarznięta ziemia nie przyjmuje wtedy ani kropli wody i wszystko spływa, a nie wsiąka. Dwie płachty okolicznych pól opadają w kierunku naszej drogi, krajobraz przypomina otwartą księgę, co wygląda niezwykle malowniczo. Również w czasie ulewy, tylko że akurat wtedy piękno podkrakowskiej wsi nie porusza nas ani trochę. Bardziej zastanawia nas jak pokonać półmetrowej głębokości rwący strumień, w który zamieniła się nasza polna dróżka. A gdy woda już opadnie, w miarę równe koleiny zamieniają się w tor przeszkód pełen błota, piachu, mniejszych i większych kamieni, jakiś gałęzi i wszystkiego, co spłynęło z pól. Droga kończy się skrzyżowaniem. Pod nim jest przepust, którym nadmiar wody powinien spłynąć dalej, na pola. Jednak przepust jest zatkany od zawsze, przez co przy skrzyżowaniu tworzy się staw (kaczki sąsiada są wniebowzięte).
Droga, przy której mieszkamy, wymaga remontu, o czym władze naszej gminy wiedzą doskonale. Po każdej większej nawałnicy przyjeżdża komisja, która, przeskakując lub omijając błotniste pułapki w beznadziejnej walce o zachowanie czystości półbutów i szpilek, lustruje zniszczenia, sporządzając urzędowe notatki wraz z dokumentacją fotograficzną oraz kręcąc ze zdumieniem głowami. Skąd to zdumienie, nie wiem, przecież historia powtarza się co roku. W zasadzie komisja nie musiałaby przyjeżdżać, wystarczy przepisać notatki.
Ostatnio jednak coś drgnęło. Wójt zwołał zebranie właścicieli wszystkich działek leżących wzdłuż drogi, przy której mieszkamy.
- Moi drodzy, - oświadczył - remontujemy!
W ciszy, która zapadła, słychać było chrzęst podnoszonych brwi.
- Jest tylko jedno "ale".
Brwi powoli zaczęły opadać...
- Droga jest nierównej szerokości. Czasem ma trzy metry, a czasem sześć. A powinna mieć dziesięć, żeby zmieścił się i asfalt, i dwa rowy po bokach. I w związku z tym proszę was, żebyście zrzekli się kawałka waszej ziemi na rzecz wspólnego dobra.
Brwi minęły punkt neutralny i zaczęły się zbiegać ku sobie. I trwały w tym stanie przez dwie godziny dyskusji.
Oj, - pomyślałem- chyba jednak trzeba będzie kupić to 4x4. I na dobrą sprawę ani trochę mnie to nie martwi.
Droga, przy której mieszkamy, wymaga remontu, o czym władze naszej gminy wiedzą doskonale. Po każdej większej nawałnicy przyjeżdża komisja, która, przeskakując lub omijając błotniste pułapki w beznadziejnej walce o zachowanie czystości półbutów i szpilek, lustruje zniszczenia, sporządzając urzędowe notatki wraz z dokumentacją fotograficzną oraz kręcąc ze zdumieniem głowami. Skąd to zdumienie, nie wiem, przecież historia powtarza się co roku. W zasadzie komisja nie musiałaby przyjeżdżać, wystarczy przepisać notatki.
Ostatnio jednak coś drgnęło. Wójt zwołał zebranie właścicieli wszystkich działek leżących wzdłuż drogi, przy której mieszkamy.
- Moi drodzy, - oświadczył - remontujemy!
W ciszy, która zapadła, słychać było chrzęst podnoszonych brwi.
- Jest tylko jedno "ale".
Brwi powoli zaczęły opadać...
- Droga jest nierównej szerokości. Czasem ma trzy metry, a czasem sześć. A powinna mieć dziesięć, żeby zmieścił się i asfalt, i dwa rowy po bokach. I w związku z tym proszę was, żebyście zrzekli się kawałka waszej ziemi na rzecz wspólnego dobra.
Brwi minęły punkt neutralny i zaczęły się zbiegać ku sobie. I trwały w tym stanie przez dwie godziny dyskusji.
Oj, - pomyślałem- chyba jednak trzeba będzie kupić to 4x4. I na dobrą sprawę ani trochę mnie to nie martwi.
niedziela, 5 sierpnia 2012
Jeszcze o terkocie
- Zobacz, tata! Kombajn bizonuje!
- Kosi, synku. Mówi się "kombajn kosi zboże".
- Nie, tata, pan J. mówi, że bizonuje!
No tak... gdzie mi się tam równać autorytetem z właścicielem prawdziwego kombajnu (a także traktora z przyczepą, rozrzutnikiem, pługiem, broną i kilkoma innymi dodatkami. Mój synek wpatrzony jest w niego jak w słońce, w czasie zabaw każe do siebie mówić "Panie J.").
Kombajn, ale nie ten pana J., tylko inny, i wcale nie Bizon, tylko taki biało-zielony, pojawił się wczoraj przy naszym płocie by "zbizonować" pole żyta. Zbizonował połowę i nagle się zatrzymał. Kombajnista podszedł do ogrodzenia.
- Nie masz Pan komórki?
- Zaraz przyniosę. Co tam, awaria?
- Niiii... ojciec miał z przyczepą podjechać, ale nie podjechał.
Dzwonimy po przyczepę, ma być za piętnaście minut. Wypełniony zbożem kombajn huczy na wolnych obrotach.
I tu przechodzę do sedna sprawy. Silnik warczy. Kombajnista (bardzo miły człowiek) ani myśli go wyłączyć, chociaż wie, że przez co najmniej kwadrans maszyna nie będzie kosić. Więc dlaczego? Inny obrazek: wspomniany pan J. jadąc traktorem na pole często zatrzymuje się koło naszych sąsiadów na pogawędkę. Rozmowa trwa czasem trzy minuty, czasem pół godziny, traktor zawsze pozostaje włączony. Donośny warkot silnika zdaje się zupełnie nie przeszkadzać w rozmowie, choć obaj interlokutorzy muszą go przekrzykiwać, wypierająca tlen chmura spalin też nie robi na nich wrażenia. Albo przed sklepem: zajeżdża dostawczy, kierowca wyładowuje towar, silnik chodzi. Kierowca wraca, jeszcze przez pięć minut uzupełnia papiery, diesel warczy nieprzerwanie. Rozumiem: wóz - chłodnia, jak się go wyłączy, to przestanie chłodzić. Ale to jest zwykły dostawczak z mydłem i proszkiem do prania!
I tak jest wszędzie. Miasto, miasteczko, wieś... Polska, zagranica... (włączonego dostawczaka przed sklepem widziałem w centrum Londynu). Osobówki, ciężarówki, tiry, traktory i wszelkie inne diesle (ciekawostka: nigdy auta na benzynę) hałasują, psują powietrze, marnują paliwo. Ludzie idą, wstrzymują oddech, odwracają głowy, ale nikt nie zwróci kierowcy uwagi. Powiedzcie mi, ludzie, czy ze mną coś nie tak, że mi to przeszkadza?
- Kosi, synku. Mówi się "kombajn kosi zboże".
- Nie, tata, pan J. mówi, że bizonuje!
No tak... gdzie mi się tam równać autorytetem z właścicielem prawdziwego kombajnu (a także traktora z przyczepą, rozrzutnikiem, pługiem, broną i kilkoma innymi dodatkami. Mój synek wpatrzony jest w niego jak w słońce, w czasie zabaw każe do siebie mówić "Panie J.").
Kombajn, ale nie ten pana J., tylko inny, i wcale nie Bizon, tylko taki biało-zielony, pojawił się wczoraj przy naszym płocie by "zbizonować" pole żyta. Zbizonował połowę i nagle się zatrzymał. Kombajnista podszedł do ogrodzenia.
- Nie masz Pan komórki?
- Zaraz przyniosę. Co tam, awaria?
- Niiii... ojciec miał z przyczepą podjechać, ale nie podjechał.
Dzwonimy po przyczepę, ma być za piętnaście minut. Wypełniony zbożem kombajn huczy na wolnych obrotach.
I tu przechodzę do sedna sprawy. Silnik warczy. Kombajnista (bardzo miły człowiek) ani myśli go wyłączyć, chociaż wie, że przez co najmniej kwadrans maszyna nie będzie kosić. Więc dlaczego? Inny obrazek: wspomniany pan J. jadąc traktorem na pole często zatrzymuje się koło naszych sąsiadów na pogawędkę. Rozmowa trwa czasem trzy minuty, czasem pół godziny, traktor zawsze pozostaje włączony. Donośny warkot silnika zdaje się zupełnie nie przeszkadzać w rozmowie, choć obaj interlokutorzy muszą go przekrzykiwać, wypierająca tlen chmura spalin też nie robi na nich wrażenia. Albo przed sklepem: zajeżdża dostawczy, kierowca wyładowuje towar, silnik chodzi. Kierowca wraca, jeszcze przez pięć minut uzupełnia papiery, diesel warczy nieprzerwanie. Rozumiem: wóz - chłodnia, jak się go wyłączy, to przestanie chłodzić. Ale to jest zwykły dostawczak z mydłem i proszkiem do prania!
I tak jest wszędzie. Miasto, miasteczko, wieś... Polska, zagranica... (włączonego dostawczaka przed sklepem widziałem w centrum Londynu). Osobówki, ciężarówki, tiry, traktory i wszelkie inne diesle (ciekawostka: nigdy auta na benzynę) hałasują, psują powietrze, marnują paliwo. Ludzie idą, wstrzymują oddech, odwracają głowy, ale nikt nie zwróci kierowcy uwagi. Powiedzcie mi, ludzie, czy ze mną coś nie tak, że mi to przeszkadza?
niedziela, 29 lipca 2012
Poczucie bezpieczeństwa
Małżonka, udając się wieczorem do sypialni, bierze ze sobą komputer, nasze portfele i oba swoje telefony. Mojego telefonu używam jako budzika, więc i tak mam go w nocy przy sobie.
- Mam je zostawić w salonie? Przy otwartych drzwiach na taras!? - małżonka odpowiada na mój pytający wzrok. Wzdycham kręcąc głową...
- Dobra, dobra. Ty rób co chcesz, a ja wolę spać spokojnie!
Gruba przesada, czy odpowiedzialne zachowanie?
Pamiętam jak jadąc pierwszy raz przez wieś, zatrzymaliśmy się przy jednej z chałup, by spytać o drogę. Pukamy do uchylonych drzwi - cisza. Halo! Dzień dobry! - cisza... Nieśmiało zaglądamy do środka - nikogo nie ma. Dom otwarty na oścież, na stole siatka pełna zakupów, jakieś drobne, telefon... i żywej duszy dookoła. Wycofaliśmy się po cichu, zdumieni, że można, ot tak, wyjść nie zamknąwszy drzwi na klucz.
Na wsi kradną tak jak wszędzie. Nam gwizdnęli aluminiowe felgi z rozbitego auta, które pół roku stało na podwórku, zanim pozbyłem się wraka. W sąsiedniej wsi złodzieje w biały dzień podjechali ciężarówką pod dom, którego właściciele wyjechali na kilka dni, i wynieśli dosłownie wszystko. Sąsiedzi byli przekonani, że to przeprowadzka. A mimo to od momentu zamieszkania na wsi moje poczucie bezpieczeństwa stale rośnie. I to samo obserwuję u sąsiadów, takich jak my mieszczuchów, którzy budują się w okolicy. Na początku - zamykanie domu na trzy spusty, nawet jeśli wychodzi się na sąsiedzką pogawędkę na drodze. Oba zamki w drzwiach przekręcone, okna domknięte, portfele i komórki przy sobie. Potem nadchodzi jesienna plucha, potem zima, a gdy wiosną życie na drodze ożywa, już nie dwa, a tylko jeden zamek przekręcony, a okno zostaje uchylone. A potem macha się ręką na zamki, przecież z drogi widać co się dzieje z domem, a w czasie letnich upałów okna na noc zostają szeroko otwarte... Niedawno wchodzę na podwórko sąsiadów. Drzwi otwarte na oścież, oni - w ogrodzie, po drugiej stronie domu. A jeszcze rok wcześniej zamykali drzwi na klucz gdy szli ze śmieciami, jak w mieście, w bloku...
Uwolnienie się od paranoi, że wokół samo zło, czy może kompletny brak odpowiedzialności? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Faktem jest, że na wsi znika napięcie: że okradną w biały dzień, że pobiją, że skrzywdzą... Że człowiek człowiekowi wilkiem. Ja od zawsze głęboko wierzę, że ludzie są bardziej dobrzy niż źli. Życie na wsi z każdym dniem tę wiarę we mnie umacnia.
A na komputer w sypialni przeniósł się kot, dzięki czemu wreszcie mogę wyprostować w łóżku nogi.
- Mam je zostawić w salonie? Przy otwartych drzwiach na taras!? - małżonka odpowiada na mój pytający wzrok. Wzdycham kręcąc głową...
- Dobra, dobra. Ty rób co chcesz, a ja wolę spać spokojnie!
Gruba przesada, czy odpowiedzialne zachowanie?
Pamiętam jak jadąc pierwszy raz przez wieś, zatrzymaliśmy się przy jednej z chałup, by spytać o drogę. Pukamy do uchylonych drzwi - cisza. Halo! Dzień dobry! - cisza... Nieśmiało zaglądamy do środka - nikogo nie ma. Dom otwarty na oścież, na stole siatka pełna zakupów, jakieś drobne, telefon... i żywej duszy dookoła. Wycofaliśmy się po cichu, zdumieni, że można, ot tak, wyjść nie zamknąwszy drzwi na klucz.
Na wsi kradną tak jak wszędzie. Nam gwizdnęli aluminiowe felgi z rozbitego auta, które pół roku stało na podwórku, zanim pozbyłem się wraka. W sąsiedniej wsi złodzieje w biały dzień podjechali ciężarówką pod dom, którego właściciele wyjechali na kilka dni, i wynieśli dosłownie wszystko. Sąsiedzi byli przekonani, że to przeprowadzka. A mimo to od momentu zamieszkania na wsi moje poczucie bezpieczeństwa stale rośnie. I to samo obserwuję u sąsiadów, takich jak my mieszczuchów, którzy budują się w okolicy. Na początku - zamykanie domu na trzy spusty, nawet jeśli wychodzi się na sąsiedzką pogawędkę na drodze. Oba zamki w drzwiach przekręcone, okna domknięte, portfele i komórki przy sobie. Potem nadchodzi jesienna plucha, potem zima, a gdy wiosną życie na drodze ożywa, już nie dwa, a tylko jeden zamek przekręcony, a okno zostaje uchylone. A potem macha się ręką na zamki, przecież z drogi widać co się dzieje z domem, a w czasie letnich upałów okna na noc zostają szeroko otwarte... Niedawno wchodzę na podwórko sąsiadów. Drzwi otwarte na oścież, oni - w ogrodzie, po drugiej stronie domu. A jeszcze rok wcześniej zamykali drzwi na klucz gdy szli ze śmieciami, jak w mieście, w bloku...
Uwolnienie się od paranoi, że wokół samo zło, czy może kompletny brak odpowiedzialności? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Faktem jest, że na wsi znika napięcie: że okradną w biały dzień, że pobiją, że skrzywdzą... Że człowiek człowiekowi wilkiem. Ja od zawsze głęboko wierzę, że ludzie są bardziej dobrzy niż źli. Życie na wsi z każdym dniem tę wiarę we mnie umacnia.
A na komputer w sypialni przeniósł się kot, dzięki czemu wreszcie mogę wyprostować w łóżku nogi.
niedziela, 22 lipca 2012
Obchód ogrodu
Obchód ogrodu to codzienny rytuał od momentu, w którym śnieg topnieje na tyle, że zaczynamy widzieć, co się pod nim kryje, do chwili, w której świeży śnieg zasłania ogród na dobre. Od wczesnej wiosny do późnej jesieni codzienny obchód wygląda dokładnie tak samo: schodzimy z tarasu i posuwając się wzdłuż prawej strony działki oglądamy kolejno:
- róże pnące ("ależ się pną! jak to dobrze, że posadziliśmy je na gnoju")
- cisy ("ależ wolno rosną")
- berberysy ("ależ wolno rosną, może by je czymś podlać w tym roku...")
- jarzębinę ("ależ ona szybko rośnie, pamiętasz - jak ją sadziłem to była taka, a teraz jest taaaaaka")
- dereń ("o! dereń!" - no bo co innego można powiedzieć o dereniu...)
- dzikie maliny ("tak się plenią, a owoców jak nie ma, tak nie ma")
- warzywnik ("w tym roku trzeba by wreszcie zrobić ten płotek")
- brzozę (przy brzozie zamieramy w bezsłownym podziwie dla tempa jej przyrostu)
- stertę dech po budowie (przy niej też milczymy - ja wiem, że małżonka jej nie cierpi, małżonka wie, że nie dam jej ruszyć, więc po co strzępić języki)
- oraz kilka dziesiątek innych drzewek, krzewów i krzaków, które codziennie, od wczesnej wiosny do późnej jesieni wywołują te same: "ależ one rosną" lub "jakoś wolno rosną".
Codzienny obchód ogrodu zawsze następuje spontanicznie. Nigdy nie wiemy, kiedy poderwiemy się z foteli by sprawdzić czy rzodkiewka już wzeszła i czy truskawki dojrzały. Czasem przed-, czasem po południu, bywa, że jeszcze przed śniadaniem lub późnym wieczorem - bez słowa schodzimy z tarasu by nasycić się widokiem przekopanych grządek i czerwieniejących porzeczek, oraz skląć cholernego kreta, którego kopiec wyrósł pół metra od akustycznego odstraszacza z fotoogniwem za sto siedemnaście złotych ("Działa w promieniu do 50m"). Ale tak naprawdę to wcale nie idziemy, żeby zobaczyć, jak jeżyny przyrosły o pół milimetra. Idziemy po energię, która, zgodnie z zasadą jej zachowania, wraca do nas, zatoczywszy koło od szpadla, kosiarki i węża. Idziemy by zamienić ból schylonych pleców, spierzchnięte dłonie i spocone czoło na poczucie, że wysiłek ma sens, i że my, mieszczuchy, dajemy radę...
Siedzę na tarasie i piszę te słowa. Za plecami słyszę kroki małżonki, która jeszcze nie wie o czym będzie felieton.
- Idę na obchód - mówi. Dołączysz za chwilę?
- róże pnące ("ależ się pną! jak to dobrze, że posadziliśmy je na gnoju")
- cisy ("ależ wolno rosną")
- berberysy ("ależ wolno rosną, może by je czymś podlać w tym roku...")
- jarzębinę ("ależ ona szybko rośnie, pamiętasz - jak ją sadziłem to była taka, a teraz jest taaaaaka")
- dereń ("o! dereń!" - no bo co innego można powiedzieć o dereniu...)
- dzikie maliny ("tak się plenią, a owoców jak nie ma, tak nie ma")
- warzywnik ("w tym roku trzeba by wreszcie zrobić ten płotek")
- brzozę (przy brzozie zamieramy w bezsłownym podziwie dla tempa jej przyrostu)
- stertę dech po budowie (przy niej też milczymy - ja wiem, że małżonka jej nie cierpi, małżonka wie, że nie dam jej ruszyć, więc po co strzępić języki)
- oraz kilka dziesiątek innych drzewek, krzewów i krzaków, które codziennie, od wczesnej wiosny do późnej jesieni wywołują te same: "ależ one rosną" lub "jakoś wolno rosną".
Codzienny obchód ogrodu zawsze następuje spontanicznie. Nigdy nie wiemy, kiedy poderwiemy się z foteli by sprawdzić czy rzodkiewka już wzeszła i czy truskawki dojrzały. Czasem przed-, czasem po południu, bywa, że jeszcze przed śniadaniem lub późnym wieczorem - bez słowa schodzimy z tarasu by nasycić się widokiem przekopanych grządek i czerwieniejących porzeczek, oraz skląć cholernego kreta, którego kopiec wyrósł pół metra od akustycznego odstraszacza z fotoogniwem za sto siedemnaście złotych ("Działa w promieniu do 50m"). Ale tak naprawdę to wcale nie idziemy, żeby zobaczyć, jak jeżyny przyrosły o pół milimetra. Idziemy po energię, która, zgodnie z zasadą jej zachowania, wraca do nas, zatoczywszy koło od szpadla, kosiarki i węża. Idziemy by zamienić ból schylonych pleców, spierzchnięte dłonie i spocone czoło na poczucie, że wysiłek ma sens, i że my, mieszczuchy, dajemy radę...
Siedzę na tarasie i piszę te słowa. Za plecami słyszę kroki małżonki, która jeszcze nie wie o czym będzie felieton.
- Idę na obchód - mówi. Dołączysz za chwilę?
niedziela, 15 lipca 2012
Jak miło spędzić popołudnie
Przepis jest bardzo prosty: należy wygonić dzieci na drogę. A właściwie nie tyle wygonić, co drobnym podstępem sprawić, żeby same chciały wyjść. Na przykład trzeba ostentacyjnie podejść do okna i głośno spytać:
- A któż to chodzi po drodze?
- Przecież tam nikogo nie ma! - odpowiada nieco zaskoczona małżonka, która jeszcze się nie zorientowała w podstępie. Nie szkodzi. Najważniejsze, że dzieci, właściwi adresaci pytania, natychmiast wołają unisono:
- Chcemy iść na drogę!
I już jesteśmy w domu, czyli na drodze.
Bo na drodze, o czym pisałem tutaj, natychmiast rozkwita życie towarzyskie, dzięki któremu nudne, ciągnące się popołudnia zmieniają się w miłe sąsiedzkie spotkania, w czasie których gada się o czymkolwiek, albo nie gada się o niczym, tylko po prostu się siedzi i wspólnie gapi na chmury, lub np. jak sąsiad wrzuca na taczki kolejne łopaty ziemi po budowie. Bo siedzieć w cieniu, na trawce i patrzeć jak się inni męczą, to jedno z moich ulubionych zajęć. Usprawiedliwia mnie fakt, że wcześniej sam się namachałem łopatą przy podobnej po-budowlanej kupie.
Popołudnie spędzone na drodze ma jeszcze jedną zaletę: można wziąć pokrojone w wagoniki skibki i bez wysiłku nakarmić dzieciaki, które, zaaferowane zabawą, zupełnie nie notują faktu przełykania kolejnych kęsów. Bo wiadomo: dziecko syte - rodzic szczęśliwy. Żadnych płaczów, jęków, marudzenia...
Niedawno na drodze miał miejsce następujący dialog:
- Syneeeek!!! Chodź po skibkęęęę!!!!
- Sąsiad, a co to jest skibka?
- Jak to, co to jest skibka!? No... to jest skibka (pokazuję sąsiadowi trzymaną w ręku skibkę).
- Nie, to jest kromka!
- Kromka, to jest pierwszy odkrojony kawałek chleba, a to jest skibka.
- Sam jesteś skibka! Pierwszy kawałek to jest piętka. A ty trzymasz kromkę.
- On trzyma pajdę! - wtrąca się stojąca nieopodal sąsiadka. - To jest pajda!
I kto ma rację?
- A któż to chodzi po drodze?
- Przecież tam nikogo nie ma! - odpowiada nieco zaskoczona małżonka, która jeszcze się nie zorientowała w podstępie. Nie szkodzi. Najważniejsze, że dzieci, właściwi adresaci pytania, natychmiast wołają unisono:
- Chcemy iść na drogę!
I już jesteśmy w domu, czyli na drodze.
Bo na drodze, o czym pisałem tutaj, natychmiast rozkwita życie towarzyskie, dzięki któremu nudne, ciągnące się popołudnia zmieniają się w miłe sąsiedzkie spotkania, w czasie których gada się o czymkolwiek, albo nie gada się o niczym, tylko po prostu się siedzi i wspólnie gapi na chmury, lub np. jak sąsiad wrzuca na taczki kolejne łopaty ziemi po budowie. Bo siedzieć w cieniu, na trawce i patrzeć jak się inni męczą, to jedno z moich ulubionych zajęć. Usprawiedliwia mnie fakt, że wcześniej sam się namachałem łopatą przy podobnej po-budowlanej kupie.
Popołudnie spędzone na drodze ma jeszcze jedną zaletę: można wziąć pokrojone w wagoniki skibki i bez wysiłku nakarmić dzieciaki, które, zaaferowane zabawą, zupełnie nie notują faktu przełykania kolejnych kęsów. Bo wiadomo: dziecko syte - rodzic szczęśliwy. Żadnych płaczów, jęków, marudzenia...
Niedawno na drodze miał miejsce następujący dialog:
- Syneeeek!!! Chodź po skibkęęęę!!!!
- Sąsiad, a co to jest skibka?
- Jak to, co to jest skibka!? No... to jest skibka (pokazuję sąsiadowi trzymaną w ręku skibkę).
- Nie, to jest kromka!
- Kromka, to jest pierwszy odkrojony kawałek chleba, a to jest skibka.
- Sam jesteś skibka! Pierwszy kawałek to jest piętka. A ty trzymasz kromkę.
- On trzyma pajdę! - wtrąca się stojąca nieopodal sąsiadka. - To jest pajda!
I kto ma rację?
Subskrybuj:
Posty (Atom)